Concepción, 14 sierpnia 2012
Drodzy Współbracia i Przyjaciele
Pytanie wydawać by się mogło czysto teoretyczne i jakby z odległej epoki, ale życie przecież ciągle potrafi nas zaskakiwać: Jak dzisiaj Kościół potraktowałby wolę zawarcia «białego małżeństwa». Czy to jest w ogóle małżeństwo i czy to ma sens?. Dyskusja oczywiście dotknęła kwestii dyscyplinarnych (matrimonium ratum et non consummatum), ale dla mnie o wiele istotniejszy był teologiczny aspekt zagadnienia. Naturalny związek mężczyzny i kobiety został przez Chrystusa podniesiony do godności sakramentu stając się widzialnym znakiem miłości Chrystusa do Kościoła (por. Ef 5). Małżeństwo jest więc nierozerwalne, gdyż Chrystus nie może wyrzec się swej Oblubienicy. Miłość ta jest też płodna: ze związku Chrystusa z Kościołem rodzą się w wodzie Chrztu nowe dzieci Boże. Wiara chrześcijan jest ponadto wiarą trynitarną. Wierzymy w Boga, który jest Trójcą: Ojciec jest Tym, który rodzi; Syn Tym, który jest rodzony. Ojciec i Syn miłują się wzajemnie miłością najdoskonalszą, której wyrazem jest Duch Święty. Duch Święty pochodzi od Ojca i Syna jako tchnienie ich wzajemnej miłości. Płodność jest więc wpisana w naturę sakramentu, ale czy płodność tą można redukować tylko do fizycznej prokreacji? Znamy przecież także inne formy bycia dawcą życia.
Prawdziwa miłość jest mocą, która otwiera nas na innych. Miłość to nieustanne wychodzenie ku drugiemu i zamknięcie się małżonków – jedności dwojga – na siebie samych byłoby niczym innym jak wysublimowaną formą poszukiwania egoistycznej przyjemności. W naturze miłości tkwi zdolność do budowania i pomnażania wspólnoty w jej różnych wymiarach. Jeśli źródłem naszego człowieczeństwa, jako boskiego obrazu, jest więź Trójcy zakorzeniona w miłości, to także nasza pełna partycypacja w boskości nie dojdzie do skutku bez otwarcia na innych, bez przenikniętego zaufaniem powierzenia się drugim, bez wysiłku wychodzenia z siebie i poskramiania własnego egoizmu. Pięknym przykładem zjednoczenia w miłości, które otwiera nas na bliźnich jest doświadczenie życia mistycznego. Zanurzenie się w Bogu i pozorna bezproduktywność modlitwy otwiera nas na spotkanie z drugim człowiekiem, wypełnia serce Bożym tchnieniem, nowym czyni ludzkie spojrzenie. Kontakt z Bogiem przemienia życie o czym łatwo możemy się przekonać, gdy zaczniemy praktykować autentyczne życie modlitwy – przestaniemy oceniać innych, staniemy się nieskorzy do gniewu i bardzo łaskawi (por. Ps. 145, 8). Miłość Boga i miłość bliźniego stanowią nierozerwalną jedność najważniejszego ze wszystkich przykazań.
W ostatnich dniach uczestniczyłem w uroczystościach związanych z narodowym świętem Boliwii. 6 sierpnia 1825 r. została ogłoszona deklaracja niepodległości i powstała niepodległa Republika Boliwii. Jest to kraj, który łączy w sobie różnorodność. Potomkowie hiszpańskich osadników (criollos) zamieszkują razem z ludnością tubylczą (Indios) i z ludnością wywodzącą się ze związków Indian z Europejczykami (Metysi). Ponadto sama ludność rdzenna to 36 różnych etni, z których każda posługuje się własnym językiem. Kraj ten to także różnorodność geograficzna i klimatyczna: na zachodzie wznoszą się wysokie szczyty Andów, na wschodzie teren znacznie się obniża przechodząc w amazońską dżunglę. To co stanowi o jedności i konsoliduje collas (mieszkańcy Płaskowyżu), cambas (mieszkańcy departamentu Santa Cruz) i chaquenos (mieszkańcy południowego terytorium na pograniczu z Argentyną) czyniąc z nich jedność to miłość do kraju, który nosi imię Boliwia i wyraża się trzech kolorach: czerwonym, żółtym i zielonym.
Narodowe święto, które przeżyłem w malutkim San Javier (ok. 10.000 mieszkańców; departament Santa Cruz) może szokować swoim rozmachem i przepychem. Już na wiele dni przed uroczystością słychać było dźwięki orkiestr przygotowujących się do pochodu i można było zobaczyć młodych ćwiczących defiladowy krok. Trzy kolorowe flagi zawisły w domu każdego Boliwijczyka, także w tym zbitych z kilku desek szałasach. Dzień uroczystości to manifestacja patriotyzmu i radości. Pochód otwierają przedstawiciele lokalnych władz, w tym przedstawiciele Kościoła i nikogo nie dziwi, że strona kościelna bierze udział w państwowej uroczystości. Flagi poszczególnych departamentów kraju niesione są przed młodych ubranych w typowe dla każdego regionu stroje. Bogactwo lokalnych tradycji i kultury każdego regionu to duma i najpiękniejsza wizytówka kraju. Niesiona jest też flaga nadmorskiego departamentu, który Boliwia straciła w 1884 r. Pomimo, że upłynęło już prawie 150 lat od tego wydarzenie, to jednak Boliwijczycy nigdy nie pogodzili się z porażką i do dnia dzisiejszego uważają wybrzeże jako integralną część swego terytorium. Jakoś nie słychać głosów, że podobne zachowanie jest politically incorrect w stosunku do sąsiada jakim jest Chile.
Tłumy dzieci i młodzieży ze wszystkich szkół ukazują, że młode pokolenie to bogactwo kraju i najlepszy fundusz emerytalny. Boliwijczykom daleko do europejskiej mentalności: daleki im strach, że gromadka dzieci zabierze wolność i ograniczy materialny dobrobyt. Ludzie potrafią jeszcze bezgranicznie zaufać, że jeśli Bóg daje to pozwoli także utrzymać. W pochodzie idą młode dziewczyny o figurach, których nie jest w stanie wymodelować najnowocześniejszy fitness club. Takie kształty rzeźbi codzienny kontakt z przyrodą i zwykła, często bardzo ciężka, praca. Pracownicy firm i lokalnych drobnych biznesów idą w pochodzie i mogą być wdzięczni, że państwo nie stara się ograniczać ich pomysłowości stertą przepisów i trudną do pogodzenia z życiem biurokracją. Jakże daleko stąd do centrów światowej biurokracji tworzących coraz to bardziej idiotyczne przepisy (np. dyrektywa Unii Europejskiej o przewozie cukierków karmelkowych). Jakże daleko stąd do miejsc, gdzie powstają nowe miejsca pracy dla urzędników, których zadaniem jest walka z przerostem liczby urzędników (np. Parlamentarna Komisja «Przyjazne Państwo»). W pochodzie maszerują wreszcie i ci najstarsi – ich bogactwem jest mądrość życia i doświadczenie. Nikt tutaj o nich nie zapomina, gdyż nie można podcinać gałęzi na której samemu się siedzi.
Ktoś może zarzucić, że Boliwia to biedny kraj i nie mogąc budować na niczym innym swej potęgi, musi odwoływać się do haseł i sloganów jakimi są patriotyzm, ojczyzna, wspólnota. W życiu jednak kilkakrotnie mogłem uczestniczyć w podobnych manifestacjach z okazji narodowego święta Włoch (25 kwietnia i 2 czerwca) i Francji (15 lipca). Także i tam ludzie potrafią być dumni ze swego tricoloru. Ponadto hollywoodzkie produkcje pomagają nam zrozumieć czym dla Amerykanów jest data 4 lipca. Tak więc i ci najpotężniejsi potrafią być dymni nie tylko z osiągnięć własnego przemysłu i gospodarki, ale także z narodowych symboli i z narodowej tradycji. Dlaczego więc my – ani zbytnio bogaci, ani krańcowo biedni – tak często wstydzimy się tego co polskie? Czy tylko na barki „grzechów młodości” można zrzucić fakt, że premier Polskiego Rządu ma w swoim dorobku znaną już wypowiedź o narodowej tradycji: Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych urojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie nasuwa mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać (…) Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski – tej ziemi konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia, prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem ! (D. Tusk, Polak rozłamany, Znak (390-391) 1987). Jak to możliwe, że minister polskiego rządu może zdobyć się na słowa „Polska to dziki kraj”, a jurorka programu muzycznego ma odwagę, aby ocenić tekst patriotycznej piosenki: Ale nie śpiewaj takich piosenek (…) Jakieś bogoojczyźniane, takie patriotyzmy, to, to jest coś okropnego…. Zastanawiam się, czy podobne teksty mogliby wypowiedzieć politycy lub przedstawiciele mass-mediów we Włoszech, Francji lub w Stanach Zjednoczonych bez obawy o utratę swojej pozycji. Czy czasem nie jest tak, że zacytowane powyżej wypowiedzi to przejaw własnych lęków, kompleksów, braku określonej i sprecyzowanej tożsamości. Gubimy się bowiem we własnej duszy, gdy nie potrafimy samych siebie określić.
Prawdziwa miłość otwiera nas na inność i uczy zrozumienia i szacunku dla odmienności. Tylko autentyczna miłość do własnego kraju pozwoli nam spojrzeć na różnorodność, wielokulturowość i inność jako na bogactwo, gdyż miłość buduje i otwiera horyzonty. Pragnąc budować piękno Europy i Świata nie zapominajmy o tym co nas samych określa i co stanowi o nas samych i o naszej narodowej tożsamości.
Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości (Kol 3, 14).
Kasper M. Kaproń ofm