Cochabamba, 19 marca 2011 r. - Uroczystość św. Józefa

Cochabamba, 19 marca 2011 - Uroczystość Świętego Józefa

 

 

Drodzy Współbracia i Przyjaciele,

         Czas bardzo szybki mija i zaczął już się drugi miesiąc mojego pobytu w Boliwii. Pierwsze dni po przylocie spedziłem w departamencie Santa Cruz i na terenie Wikariatu Apostolskiego Ñuflo de Chávez. Było dla mnie niesamowitym przeżyciem zetknięcie się z miejscami, które do tej pory znałem jedynie z filmu lat mojej wczesnej młodości:"Misja".


W okresie przedmaturalnym zachwycałem się zdjęciami, kunsztem aktorskim Roberta De Niro i Jeremy Irons’a oraz przepiękną muzyką Ennio Morricone i oto teraz, prowadzony niezbadanymi wyrokami Bożej Opatrzności, przyjdzie mi spędzić najbliższych kilka lat (przynajmniej takie są plany!) wśród plemion guarayos i chiquitanos.  Ten kikudniowy pobyt w Concepcion był dla mnie także pierwszym zetknięciem z różnorodnością i pięknem Boliwii. Teraz natomiast od kilku dni przebywam w Cochabamba, gdzie zatrzymam się do końca maja, aby doskonalić się językowo i bliżej poznać kulturę i specyfikę Wielonarodowościowego Państwa Boliwii. Z tropiku i dżungli niewielkiego miasta przeniosłem się do metropolii w środkowej części kraju; z wysokości ok. 250 m npm przenioslem się na płaskowyż i wysokość 2584 m npm.

W czasie mojej podróży do Cochabamba  towarzyszyła mi nadzwyczajna opieka. W czwartek po Środzie Popielcowej wczesnym rankiem wyruszyłem z Concepcion w towarzystwie bpa Antoniego Raimmana ofm. Na obiad zatrzymaliśmy się w naszym franciszkańskim klasztorze św. Antoniego w Santa Cruz. W tym właśnie domu zatrzymał się i nocował Jan Paweł II podczas  swojej podróży apostolskiej po Boliwii w 1988 roku. Po obiedzie wyruszyliśmy na lotnistko. Już na stanowisku odpraw okazało się, że nasz samolot będzie miał kilkunastominutowe opóźnienie.

 
Zbytnio jednak nas to nie zdenerwowało i spokojnie oczekiwaliśmy na moment odlotu. Po trzech godzinach oczekiwania został podsta-wiony nasz samolot.   Widok maszyny, do ktorej miałem za chwilę wsiąść, nasuwał jednoznaczne skojarzenia. Budowa samolotu, a szcze-gólnie układ silników identyczny jak w osławionym TU 154M. Maszyna na pewno nie była pierwszej młodości. Ja zwrociłem uwagę na budowę maszyny, biskup Antoni natomiast zwrócił uwagę na imię, które nadano samolotowi: Juan Pablo II. Okazało się, że to własnie tym samolotem przemieszczał się w czasie swoich podróży po Boliwii Jan Paweł II. Nieważne dla mnie wtedy już było, że od tego czasu mineło ponad 20 lat (1988); oto przyszło mi podróżować tym samym samolotem co papież.

Lot krajowy, tak więc nie za długi. Po 45 minut lotu szczęśliwie wylądowaliśmy na lotnisku w Cochabamba. I aby zakończyć moją podróż boliwij-skimi śladami papieża polaka, oto przez najbli-ższe tygodnie przyj-dzie mi mieszkać w kla-sztorze, w którym nocował, w czasie pobytu w Cochabamba, Jan Paweł II. Towarzyszy mi więc wspaniały przewodnik i wierzę, że będzie mnie wspierał także w czasie mojej posługi w Boliwii.


Przepiękny klasztor i przepiękne miasto. Posiada w sobie coś z rodzinnego Krakowa. Jest to główne miasto akademickie Boliwii, dlatego też miasto to tętni życiem młodzieży, która tutaj mieszka i przebywa. Ponadto Cochabamba stanowi centrum życia religijnego i zakonnego całej Boliwii. Ze względu na ten aspekt miasto czasami bywa określane jako boliwijski Watykan. Szybkość i dynamizm miasta przypomina mi natomiast Warszawę. I wreszcie jest coś w tym mieście z klimatu miast śródziemnomorkich. Tak więc zważywszy na całą historię mego życia, muszę stwierdzić, że bez trudu odnalazłem się w tym mieście.

Miasto to charakteryzuje się nadwyczajną żywotnością, typową dla krajów Ameryki Łacińskiej. Boliwia na pewno nie należy do krajów bogatych. Sama Cochabamba jednak wyrażnie dzieli się na dwie części: północną i południową. Półnócna część miasta ze swymi apartamentowcami, biurowcami, hotalami, restauracjami i centrami handlowymi w niczym nie odbiega, a nawet bardzo często przewyższa standartem, podobne zabudowania miast europejskich. To także charakterystyka Boliwii – obok skrajnego ubóstwa, istnieje nieprzeciętne bogactwo. Natomiast część południowa, moim zdaniem o dużo ciekawsza, to sama moc i siła życia. Jest to część biedniejsza miasta, jednakże pełna witalności, ktorej często brakuje miastom starego kontynentu. Nikt tutaj nie załamuje rąk nad swym losem, lecz każdy stara się w jakiś sposób zapracować na swe utrzymanie.  Należy podziwiać pomysłowość i przedsiębiorczość mieszkańców, którzy wykorzystują często bardzo proste środki i narzędzia, aby zapewnić sobie to co konieczne do  utrzymania. Oczywiście trzeba zaznaczyć, że najwyrażniej nie są w tym blokowani przez różnego rodzaju przepisy prawne, systemy podatkowe czy innego rodzaju pomysły zbiurokratyzowanych systemów państwowych. Kilka naczyń kuchennych i mały wózek stają się od razu przydróżnym barem, gdzie można posilić się domowym posiłkiem. Wszędzie kwitnie handel i rozwijają się wszelkiego rodzaju, małe punkty usługowe: można wyczyścić buty, ostrzyc się, wyleczyć zęby czy znaleźć fachowca z każdej dosłownie dziedziny.


Niebywałą atrakcją było dla mnie odnalezienie w jednym z takich sklepów czegoś bardzo silnie związanego nazwą z moim Krakowem. Poniższe zdjęcie wykonane w przydrożnym sklepiku z napojami alkoholowymi oraz objetość karnistra (20 l.) nie wymagąją żadnego komentarza.


Ostatnie zmiany w systemie państwowym (Boliwia w ostatnich latach ostro skręciła na lewo) spowodawały jednak wzrost masowych wystąpień ludności. Charakterystyką miasta stały się prawie codzienne manifestacje i pochody ludności. W ciągu tygodnia mogłem zaobserwować protesty pracowników transportu publicznego domagającego się podniesienia opłat za bilety komunikacji miejskiej; protesty studentów, domagajacych się ulg i zniżek na przejazdy środkami komunikacji miejskiej oraz jeszcze dwie inne manifestacje, których celu, niestety, nie udało mi się poznać.

Boliwijczycy kochają manifestacje i pochody. I to nie tylko te o charakterze politycznym. Kochają się bawić. Stąd też całkiem odmienny sposób przeżywania okresu Wielkiego Postu. Było dla mnie pewnym zdziwieniem, gdy usłyszałem, że w sobotę po Środzie Popielcowej organizowany jest w Cochabamba, główny pochód karnawałowy. Dzień ten staje się dla mieszkańców miasta wielkim świętem, pełnym radości i zabawy. Od wczesnych godzin rannych do bardzo późnych godzin nocnych ulicami miasta przemieszczają się wielobarwne pochody.


Czegoś takiego w żaden sposób nie można doświadczyć w Europie. Dosłownie wszyscy: dzieci, studenci, żołnierze z jednostek wojskowych, dorośli, różnego rodzaju stowarzyszenia, rywalizują ze sobą pod względem stroju i układów choreograficznych. Miasto zamienia się w jeden wielki, tańczący korowód, w którym bierze udział ponad 1000 różnego rodzaju grup. I to wszystko, co dla mieszkańca katolickiej Polski, wydawać by się mogło niezrozumiałym, właśnie w okresie Wielkiego Postu. I nie jest to jedyna tego rodzaju manifestacja. Po głównej zabawie miasta, która odbywa się własnie w sobotę po Popielcu, przez najbliższe tygodnie, bawić się będą mieszkańcy poszczegolnych dzielnic Cochabamby.


W tym wszystkim religia miesza się z folklorem. W pierwszą niedziele Wielkiego Postu odczytywana jest w kościołach Ewangelia
o Kuszeniu Jezusa. Bracia uprzedzili mnie, abym raczej póżnym wieczorem i nocą tego dnia, nie wypuszczał się na miasto. Jest to bowiem wieczór i noc kuszenia. Co to miałoby znaczy? Uwierzyłem moim współbraciom na słowo i nie próbowałem sprawdzać tego osobiście.

W Boliwii na każdym kroku katolicyzm miesza się z kultami przedchrześcijańskimi. Kult Matki Ziemi (Pachamama) jest bardzo silny i wrośnięty w tradycję. Przechadzając się po głównym  placu targowym miasta mogłem zobaczyć cały wydzielony sektor, gdzie można nabyć rzeczy przeznaczone do rytualnych praktyk, wywodzących się z pierwotnych kultów. Na pewno najsilniejsze wrażenia robią płody lam, używane w tutejszej kulturze do wmurowywania w fundamenty nowych domów, celem zagwarantowania sobie pomyślności w nowym mieszkaniu.


Tym co pozytywnie wpływa  na moje samopoczucie w tym mieście jest także klimat i pogoda.  Tutejszy klimat ma coś w sobie z polskiego czerwca lub z sierpnia. W ciągu dnia temperatura zwykle jest bardzo wysoka i słońce czasami bardzo mocno przygrzewa, jednakże w ciągu nocy i wczesnym rankiem temperatura znacznie obniża się. Związane jest to już ze stosunkowo dużą wysokością nad poziomem morza. Nie jest to co prawda jeszcze La Paz czy Oruro gdzie wysokość osiąga lub przekracza nawet 4000 m npm, jednakże znajduję się już na wysokości przekraczającej poziom szczytów Tatr (dokładnie Cochabamba znajduje się na wysokości 2584 m npm). Zmiana cisnienia i inna gęstość powietrza mogą wywoływać tzw. chorobę wysokogorską (soroche). Miałem nadzieję, że nie dosięgnie mnie ona, a przynajmniej jeszcze nie na tej stosunkowo niewielkiej wysokości. Pierwsze dni mojego pobytu w Cochabamba, jak gdyby potwierdzały moje przewidywania. Jednakże w poniedziałek rano, a więc w czwartym dniu mego pobytu tutaj, obudziłem się z bardzo silnym bólem głowy oraz z lekkim krwotokiem z nosa. Poszedłem do apteki, gdzie otrzymałem lekarstwo przeciwdziałające skutkom oraz przyspieszające proces aklimatyzacji. Bracia we wspólnocie byli jednak zwolennikami bardziej tradycyjnych form leczenia dolegliwości i jako środek pomagający odzyskać należytą sprawność zaaplikowali mi codzienną terapię z liści koki. Tak więc każdego dnia, zamiast porannej kawy, piję napar z kilku liści koki oraz kilka razy dziennie przeżuwam kilka kolejnych listków.

 
Warto jescze poświęcić kilka słów tutejszej wspólnocie. Jest to dom formacyjny, gdzie mieszkają studenci teologii (filozofia znajduje się w Santa Cruz). Obecnie jest 11 kleryków na teologii, z którymi mieszka 4 profesów wieczystych (o. Carlos, gwadian pochodzący z Hiszpanii, o. Tomas, magister kleryków pochodzący ze Stanów Zjednoczonych, o. Albert pochodzący z Włoch oraz br. Wilberth, Boliwijczyk, pełniący funkcję ekonoma). Dodatkowo przebywa tutaj od kilku miesięcy br. Dag, Wietnamczyk, należacy do Prowincji Przenajświętszego Serca Jezusowego ze Stanów Zjednoczonych, który tutaj uczy się hiszpańskiego, aby pracować wśród emigracji latynowskiej w Nowym Jorku. Jest to o tyle ciekawa postać, gdyż jako dziecko został cudem uratowany z masakry w Wietnamie. Siłą został wepchnięty do ostatniego helikoptera podrywającego się już do lotu z dachu ambasady amerykańskiej w Sajgonie w 1975 roku. Zdjęcia i filmy z tego wydarzenia stały się symbolami wojny w Wietlamie, a teraz dane mi jest przebywać z jednym z głównych bohaterów tych tragicznych zdarzeń.

 

 
Dzisiaj uroczystość św. Józefa. Wszystkim moim współbraciom życzę ciągłego wzrastania, za wzorem św. Józefa, w łasce duchowego ojcostwa do ktorej to roli zostaliśmy powołani. Przyjaciołom natomiast, obojga płci, życzę  czułości i wraźliwości, względem tych dóbr i skarbow, które Bóg powierzył w nasze ręce. Owocnego przeżywania okresu Wielkiego Postu.

Z prośbą o modlitwę oraz z zapewnieniem modlitwy z mojej strony

Kasper Kaproń, ofm

© CRT 2012