Czas Proroków

Urubichá, 13 lutego 2013 r.

Drodzy Współbracia i Przyjaciele

 

Bliskie mi są postaci starotestamentowych proroków. Łatwo przychodzi mi identyfikować się z nimi w ich wewnętrznych walkach, w osobistym zmaganiu się z Bogiem i z samym sobą. Jest to o dużo trudniejsza walka, niż przepowiadanie z mocą przed królami, namiestnikami czy ludem.

Jonasz ucieka przez Panem: „zszedł do Jafy, znalazł okręt płynący do Tarszisz, uiścił należną opłatę i wsiadł do niego, by udać się nim do Tarszisz, daleko od Pana” (Jon 1, 3). Izajasz na głos Bożego wezwania odpowiada: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach (Iz 6, 5). Jeremiasz szuka wymówek: „Ach, Panie Boże, przecież nie umiem mówić, bo jestem młodzieńcem.” (Jer 1, 6). W podobny sposób wzbraniają się inni prorocy, wzbrania się Mojżesz świadomy słabości własnego człowieczeństwa (Wj 3) i Piotr Apostoł, który wręcz błaga: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5, 8).

W historiach Bożych wybrańców nie ma żadnej pewności, „bo pewność niepewna, zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście” (J. Twardowski). Jest za to lęk, tysiące wątpliwości, pytania na które  znikąd nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jest pełnia człowieczeństwa, która rodzi wiarę i zaufanie.

Zewsząd słychać dzisiaj głosy, że współczesnemu światu potrzeba proroków. Bo mamy czas trudny i światu trzeba geniuszu proroka, jakiegoś prorockiego impulsu.

Jan XXIII z  powodu zaawansowanego wieku i skromności, miał być „przejściowym” papieżem. Kardynałowie w czasie konklawe w 1958 r nie przewidzieli jednak, że ciepło, poczucie humoru i dobroć papieża Jana podbiją serca ludzi w sposób w jaki jego poprzednik, pomimo ogromnej wiedzy i kwalifikacji moralnych, nigdy nie zdołał zrobić. I ten dobrotliwy, „przejściowy” Papież ku zaskoczeniu i przerażeniu współpracowników, zwołał Sobór, który przekształcił oblicze Kościoła.

Papieża Pawła VI najbliżsi współpracownicy wspominają jako osobę pełną duchowych wahań i rozterek. Z wielką trudnością podejmował decyzję, lecz to właśnie on podjął się odważnego działa wprowadzenie reform Soboru Watykańskiego II oraz kierowania Kościołem w ciężkim okresie masowych kontestacji, młodzieżowego buntu i seksualnej rewolucji.

Jan Paweł I nie pozostawił nam wielu słów. Jednakże w sercach milionów wiernych utrwalił się obraz jego pogodnej twarzy i pełnego dobroci uśmiechu – znak dobroci i bliskości Boga.

W osobie Jana Pawła II odkryliśmy, że każdy ludzki gest może był proroczym znakiem Bożej obecności w świecie. Papież-Polak stał się otwartą księgą człowieczeństwa, którego nie wstydził się nawet w chorobie, w słabości wieku, bólu i cierpienia.

I wreszcie pełen pokory gest Papieża Benedykta XVI. Słowa rezygnacji, które być może o wiele bardziej przemawiają niż wcześniejsze encykliki, przemówienia i homilie: „Jestem słaby, brak mi już sił. Tak tych fizycznych, jak i duchowym. Nie jestem w stanie dalej kierować łodzią Kościoła.

Czyż te gesty, zachowania i słowa papieży ostatnich dekad nie są proroczym znakiem wiary Kościoła potwierdzonej świadectwem Apostołów i uczniów, przekazywanej z pokolenia na pokolenie: Credimus… Deum verum hominem verum… non phantasticum, sed unum et unicum Filium Dei.

Mówić i świadczyć życiem o Tym, który poprzez wcielenie stał się człowiekiem takim jak my, wymaga odwagi proroków. „On, Syn Boży, przez wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem. Ludzkimi rękoma pracował, ludzkim myślał umysłem, ludzką działał wolą, ludzkim sercem kochał, urodzony z Maryi Dziewicy, stał się prawdziwie jednym z nas, we wszystkim do nas podobny oprócz grzechu” (Gaudium et Spes, 22).

Tak jak każdy człowiek, Jezus z Nazaretu odczuwał w swojej cielesności zmęczenie, głód i pragnienie. Jego ciało było słabe, podatne i wrażliwe nie tylko na ból fizyczny, ale także i na ból duchowy. Dlatego też tak bardzo obawiam się tych, którzy mają na wszystko gotowe recepty i doskonale wiedzą jak uzdrowić Kościół, świat, społeczeństwo. Obawiam się ludzi, którzy bez duchowych rozterek i bez zwykłej ludzkiej empatii, posiadają gotowe odpowiedzi na często niełatwe i skomplikowane problemy współczesności. Wiedzą co powiedzieć młodym żyjącym z sobą bez ślubu, małżonkom daremnie oczekującym potomstwa, czy nawet osobom niepogodzonych z własną seksualnością. Mają gotowe odpowiedzi, udzielane nawet bez spojrzenia w oczy tego jedynego, często zagubionego, lecz konkretnego człowieka.

W dniu dzisiejszym posypujemy nasze głowy popiołem. Jest to chyba jeden z najpiękniejszych gestów, którym liturgia wyraża prawdę o naszym człowieczeństwie. Poprzez popiół mówimy światu: „jestem słaby, jestem grzesznikiem, jestem zagubiony. Bez Ciebie Boże, nie wiem gdzie iść…”

„Człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków, aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami” (Paweł VI, Evangelii nuntiandi 41). Ślad popiołu na naszym czole może stać się proroczym znakiem dla świata XXI wieku, podobnie jak było nim człowieczeństwo papieży epoki post-Vaticanum Secundum.

 

Kasper M. Kaproń ofm

 

© CRT 2012