Urubichá, 22 kwietnia 2013 r.
Drodzy Współbracia i Przyjaciele
Kilka dni temu wpadł mi w ręce – jeśli można jeszcze używać tego określenia w odniesieniu do internetowego przekazu – list Papieża Franciszka na 105 Zgromadzenie Plenarne Konferencji Episkopatu Argentyny. List ten jest jakby przemilczany przez katolickie media, a jednocześnie entuzjastycznie został przyjęty przez tych, którzy w nomenklaturze są sklasyfikowani jako „Kościół otwarty”. W istocie bowiem list wzywa już nie tylko do otwarcia okien, celem przewietrzenia Kościelnego gmachu, lecz do odważnego opuszczenia budynków i wyjścia na zewnątrz. Bardzo dobry komentarz do listu napisał ks. Andrzej Draguła w felietonie Kościół niezdrowo pochylony (http://laboratorium.wiez.pl/blog.php?bl&mojkomentarzdowszystkiego&615). Nie będę powtarzał już tego co trafnie zostało ujęte, pragnę jedynie zwrócić uwagę na dwie kwestie, które szczególnie mnie zainteresowały.
Papież pisze: Typowymi chorobami zamkniętego Kościoła jest skoncentrowanie na samym sobie, wpatrywanie się w samego siebie, pochylenie się nad samym sobą, jak u tej kobiety z Ewangelii. Przywołana jest tutaj ewangeliczna scena uzdrowienia kobiety, „która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować” (Łk 13, 11). Ks. Draguła komentując ten fragment zauważa: Papież używa tej ewangelicznej postaci do zobrazowania stanu choroby Kościoła skupionego na samym sobie: to Kościół pochylony, ale nie pochylony przed kimś, lecz raczej „pochylony nad sobą”, a może nawet „zakrzywiony ku sobie” – Kościół wsobny.
Kościół pochylony, Kościół skupiony na sobie. Czy nie jest to Kościół, który nieustannie rozpamiętuje swoje problemy, swoje bolączki lub ten nieprzerwanie cieszący się ze swoich osiągnięć i sukcesów. Kościół pełen triumfalizmu (choć jeszcze nie ten triumfujący) lub użalający się nad swym losem. To Kościół nieustanych debat i konferencji na przykład pod tytułem: „jak znaleźć drogę wyjścia z kryzysu powołań” lub też Kościół uroczystych przemówień i powitań. Ale to także każdy z nas, gdy nieustannie użala się nad samym sobą: nad własnymi problemami lub problemami własnej rodziny.
Jak uzdrowić sytuację kryzysu Kościoła, diecezji, prowincji zakonnej, własnej rodziny lub siebie samego. Po prostu wyprostować się i spojrzeć dalej. Przestać użalać się nad własnym losem i wyjść ku światu spalając się dla niego. Niech diecezje lub prowincje zakonne otworzą się na inne Kościoły lokalne, niech oczy małżonków przeżywających kryzys otworzą się na potrzeby innych rodzin. Uzdrowienie jest w zasięgu ręki.
Znamiennym jest, że zasadniczą postawą w liturgii Kościoła jest postawa stojąca. To ona jest uzewnętrznieniem Chrystusa Zmartwychwstałego, którego żywym ciałem jest Kościół. To ona wyraża gotowość do podjęcia działania – misji. Postawa klęcząca w liturgii była zarezerwowana dla grzeszników i pokutujących. Ich pochylenie na skutek choroby jaką jest grzech – niczym niemoc ewangelicznej kobiety – to jednocześnie pełna błagania prośba, aby Chrystus uwolnił z tego „zakrzywienia ku sobie”. Warto przypomnieć, że Kościół w dokumentach pierwszego soboru powszechnego (325 r.) wyraźnie zakazał wiernym modlić się na kolanach w niedziele i w dniach Pięćdziesiątnicy: „Ponieważ są tacy, którzy klęczą w niedzielę i w dni pięćdziesiątnicy, święty sobór postanowił, że modlitwa do Pana ma być zanoszona w postawie stojącej, by wszędzie był przestrzegany jeden i ten sam porządek.” Zachowując należny szacunek dla pobożności prywatnej należy ukazywać bogactwo teologii i liturgii Kościoła, z którymi trudno pogodzić hasła typu: „Komunia święta tylko na klęcząco”. Przecież do stołu Eucharystycznego przystępuje wierny w stanie łaski uświęcającej, czyli zdrowy; przystępuje członek Ciała Chrystusowego, aby karmić się Chrystusowym Ciałem. Posila się, gdyż jest wezwany do misji, aby głosić światu „jak dobrym jest Pan”.
Jest jeszcze drugi aspekt papieskiego listu, który w szczególny sposób mnie zaintrygował. Papież pisze do biskupów: niech Pan uwolni nas od robienia sobie makijażu z naszego biskupstwa poprzez zewnętrzne światowe świecidełka. Oczywiście można to stwierdzenie zamknąć w zewnętrznych splendorze biskupiego stroju. Myślę jednak o szerszym kontekście Kościoła, między innymi o pięknie liturgii, które wyraża się w liturgicznych szatach, w naczyniach, w budynkach. Kościół to Boska Oblubienica i jak każda kobieta pragnie się podobać swemu Oblubieńcowi. Jan Apostoł w apokaliptycznej wizji ujrzał „Miasto Święte – Jeruzalem Nowe… przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swojego męża (Ap 21, 2). Nie jest więc czymś złym chcieć się podobać. Nawet w takim kraju w którym obecnie żyję – w ubogiej Boliwii – kobieta pragnie przypodobać się poprzez kwiatek wpleciony w warkocz lub nawet plastikowy, ale zawsze obecny, elementem biżuterii. W tej kokieteryjności jest dużo piękna. Śmiesznym jednak jest, gdy kobieta nie ma nic więcej do zaoferowania poza kilkumilimetrową tapetą na twarzy i kilogramami złota na szyi i w uszach. Takie obnoszenie się i chęć zwrócenia na siebie uwagi wywołuje efekt odwrotny od zamierzonego: wzbudza śmiech i politowanie. Piękno tkwi bowiem w pełnej naturalności prostocie, którą delikatny makijaż podkreśla i akcentuje. Jeżeli więc naszym Kościołom zabraknie tej prostoty i naturalnej atrakcyjności, jeżeli ta Kobieta – Kościół nie będzie miała nic do zaoferowania – to wszelkiego rodzaju fiolety, pompony i koronki staną się czymś groteskowym lub co gorsza – odnosząc się do znanej medialnej informacji – elementem karnawałowej dekoracji.
Kasper M. Kaproń ofm