Luty 2011

Concepcion, 22 luty 2011

Moj pierwszy samodzielny spacer po mieście. W pierwszych dniach od przylotu przemieszczalem się dużo i pokonywalem spore odleglosci, zawsze jednak w towarzystwie któregoś ze współraci. Teraz dopiero samodzielnie mogłem wyjść i nacieszyć się miejscem. Concepcion to stolica biskupia Wikariatu Nuflo de Chavez.Samo miasteczko liczy ok. 8 tys. mieszkanców. Kościół katedralny to perełka baroku kolonialnego pamietajacy czasu misji jezuickich XVII wieku. O godz. 10.00 o. Bernad odprawiał w niej Mszę św. na rozpoczęcie roku szkolnego dla miejscowej młodzieży. Katedra wypełniła się mlodzieżą, ja natomiast w tym czasie wyruszyłem uzbrojony w aparat fotograficzny na podbój miasteczka. Szkoda, ze wcześniej nia mialem okazji zbytnio zaznajomić się z właściwościami aparatu fotograficznego, gdyż jak się okazało po powrocie, zdjecia nie okazały się najwyższej jakości...

Przy wyjściu z budynków katedralnych zostałem zaczepiony przez miejscowych reporterów lokalnego radia diecezjalnego. Poczulem się jak na ul. Modzelewskiego w Warszawie, gdzie też kilkakrotnie zostalem zagadniety celem uczestnictwa w jakiejś sondzie radiowej. Tutaj natomiast mialem opisać wrażenia turysty w Concepcion: cóż może nie jestem typowym turystą, ale moja blada twarz i aparat fotograficzny w dłoniach zmyliły przyszlych dzinnikarzy boliwijskiego „miedzy ziemią a niebem”, którzy jak na razie muszą zadowolić się pracą w lokalnym, małym radyjku.

Plac przed katedrą pełen dzieci i młodzieży. Kilka fotek dzieci, które kokietują. Chcą, aby zrobić im zdjęcie, ale jednocześnie wstydzą się tego. Jakże bliskie jest mi to uczucie.

Z katedralnego placu, który stanowi centrum calego miasteczka, przechodzę do centrum handlowego. Sklepy tak samo jak w każdym miejscu na ziemi: kilka spożywczaków, papierniczy, zabawkowy, ksiegarnia, art. różne, bary i restauracyjki. Niby wszystko tak samo jak w Warszawie, w Krakowie lub w Rzymie, a jadnak jakże inne i cudowne.

Krótki spacer po osiedlach mieszkaniowych, gdzie wszyscy pozdrawiają mnie radośnie, pytając co u nich robię i jak się czuję. Zainteresowany wszedlem do osiedlowego spożywczaka. Na zapleczu mama, a klientów obsługuje młoda dziewczyna, która musi pogodzić pracę w sklepie ze szkolnymi obowiązkami. Oczywiście zostałem zagadnięty przez jedyną klientkę sklepu skąd jestem i co tu porabiam. Krótka opowiedziedź zgodna z prawdą i od razu stałem się miejscową atrakcją. Z zaplacza wynurzyła się właścicielka i dwójka dorastajacych synów, którym pojawienie się gringo przerwało przedobiednią sjestę. Pytania, zdjecia, uściski, radość i na koniec jeszcze cała dorodna juka w prezencie od firmy. Z głodu tutaj na pewno nie bedzie można umrzeć. Tak obdarowany i już spóżniony wracam do domu na obiad.

 

Kasper ofm

© CRT 2012