Marzec 2011

Concepcion, 8 marzec 2011

 

Drodzy Przyjaciele,

Dni mijają jeden po drugim. To już trzy tygodnie od dnia mojego wyjazdu z Polski. W zeszłym tygodniu udałem się do oddalonego o ok. 350 km. Santa Cruz celem załatwienia wszystkich formalności wizowych. Bardzo często narzekamy na polską biurokrację, ale załatwianie formalności w tutejszych urzędach jest przygodą samą w sobie. Dobrze, że tutejsi bracia przekazali mnie w ręce miejscowej pośredniczki, ktora dla Prowincji i Wikariatu załatwia wszystkie sprawy związane z urzędami migracyjnymi, gdyż sam na pewno nie dałbym rady załatwić nawet części spraw. A więc najpierw urząd adwokacki, gdzie zostały przygotowane konieczne dokumenty. Tam też wykonano fotokopie dokumentów i zrobiono mi odpowiednią ilość zdjęć (dziwne, ale zdjęcia do dokumentów zrobiono mi w biurze adwokackim, przy pomocy malego aparatu fotograficznego). Póżniej w taksówkę i do siedziby Interpoolu celem zarejestrowania mnie i sprawdzenia czy nie jestem poszukiwany międzynarodowymi listami gończymi. Póżniej do ośrodka zdrowia celem sprawdzenia czy nie jestem nosicielem wirusa HIV (którego to, biorąc pod uwagę tutejsze warunki sanitarne, nabyłem właśnie w momencie oddawania krwi). Nastepnie znowu taksówka i w drogę do komendy policji, gdzie zarejestrowano mnie i kolejny raz w tym dniu pobrano odciski palców. Na koniec jeszcze biuro notarialne. A to dopiero początek formalności. Ale przynajmniej kwestia legalizacji pobytu rozpoczęta.

Osobnym rozdzialem była podróż środkami komunikacji autobusowej z Santa Cruz do Concepcion. Autobus to środek, ktory w tutejszych realiach służy nie tylko do przewozu ludzi, ale także do transportu towarów. A więc przewozi się nim skrzynki pelne pomidorów, całe kiście bananów (kiście w wymiarze tutejszym, czyli całe konary o wadze 80 - 100 kg), worki ryżu i cukru, itp. produkty (brakowalo tylko klatek z kurami i innego żywego inwentarza). Kwestią problematyczną był dla mnie fakt, dlaczego to z miasta na wieś wywożone są produkty żywnościowe, które normalnie powinny być przewożone w odwrotnym kierunku (tzn. ze wsi do miasta). Gospodarka latynoska najwidoczniej kieruje się jednak innymi kryteriami, niż ta europejska i trzeba to uszanować. Na 15 minut przed planowanym odjazdem (godz. 13.30) zająłem przydzielone mi miejsce w autobusie. Dwóch mężczyzn, (jak się póżniej okazało był to kierowca autobusu i jego zmiennik), z pełnym zaangażowaniem emocjonalnym wpatrywało się w ekran odbiornika telewizyjnego. Raczyło się filmem, którego emisja w realiach polskich byłaby z trudnością zalegalizowana w późnych godzinach nocnych. Ilość krwawych morderstw, ukazanych z najdrobniejszymi szczegółami oraz scen gwałtów wypelniała treść calego scenariusza filmowego. Kierowca i zmiennik, po zakończeniu emisji, naładowani odpowiednią ilością adrenaliny, zasiedli do swej pracy i ruszylismy w drogę. Autobus wypełnił się radosną latynoską muzyką, a odpowiednią temperaturę wewnątrz i klimatyzację zapewniały wszystkie otwarte okna w autobusie oraz powiewające zasłony.

W poskich pociągach istnieje jeszcze instytucja mężczyzny, który przebiegając korzytarzami pociagu, charakterystycznym i ochrypłym glosem krzyczy: Piwo jasne, piwo, piweczko, piwo. W tutejszych warunkach natomiast, na każdym postoju do autobusu wkracza cały sklep i bar oferujący pieczone kurczaki, specjalności regionalne, owoce, słodycze, lody i wszelkiego rodzaju napoje gorące i zimne.

W czasie podróży przyszło mi także zmierzyć się z panującą w kraju sytuacją polityczną. W końcu na własnej skórze poznałem znaczenie słowa bloqueo, którym do tej pory bardzo często byłem straszony. Droga została zablokowana przed wjazdem do miejscowości San Ramon, co spowodowało ponad godzinne opóźnienie autobusu.

W sumie około 350 km, nawierznia pełna dziur, czasami całkowity brak asfaltu, a sam autobus na pewno nie jest najnowszym osiągnięciem techniki motoryzacyjnej, a jednak całość trasy nie przekroczyła 6 godzin podróży. Można to zestawić sobie teraz z podobną odleglością i trasą między Krakowem a Warszawą.

Po powrocie z Santa Cruz, na prośbę biskupa zabralem się za porządkowanie biblioteki znajdującej się w kurii biskupiej. Księgozbiór ten ma stanowić podstawowe narzędzie pracy dla księży całego Wikariatu. Na całość zbioru składa się kilkanascie pozycji teologicznych, najczęściej w języku niemieckim (pozostałości po poprzednim biskupie), wiele różnorodnych pozycji teologicznych, duszpasterskich i duchowych po hiszpańsku oraz inne materiały okazjonalne i wydawnictwa albumowe. Ogólnie jest to raczej bardzo skromny księgozbiór.

W sobotę rano wyruszyłem natomiast wraz z biskupem Antonim w kierunku miejscowości Guarayos, gdzie było zaplanowane poświęcenie nowego ośrodka duszpasterskiego. Jednakże już w czasie podróży nastąpiły pewne zmiany, zwiazane ze stałymi brakami personalnymi na terenach Wikariatu. Po uroczystym, imieninowym obiedzie u księdza Kazimierza w miejscowości Asunta, w czasie którego spotkali się wszyscy księża i zakonnicy polscy, pracujący na terenach Wikariatu, brat Feliks zabrał mnie do El Fortin, gdzie miałem zastąpić przebywającego obecnie na urlopie, mojego imiennika z prowincji panewnickiej. Tak więc w ubiegłą niedzielę przyszło mi zmierzyć się po raz pierwszy z konkretną pracą misyjną na tych terenach. Pierwsza niedzielna Msza św. w miejscowości Los Troncos w warunkach prawdziwie misyjnych, na otwartej przestrzeni obok drewnianego baraku, który służy tutaj za punkt i ośrodek katechetyczny. Przed południem następna Msza św. w głównym kościele parafii El Fortin, a w godzinach poobiednich Msza święta, liturgia eucharystyczna i spotkanie z ludnością w miejscowości Villa Paraiso. W ten sposób w jakiś sposób przeszedłem mój chrzest duszpasterski i misyjny w Boliwii.

W tych ostatnich dniach miałem także okazję zaznajomić się trochę z ogólną sytuacją panujacą na tutejszych terenach. Biskup Antoni poobwoził mnie po terenach swojego wikariatu Nuflo de Chavez; wprowadzał mnie w pracę na tym terenie i uwrażliwiał na tutejsze bolączki i problemy, z którymi codziennie musi się zmierzać. Jest to ogrommny obszar, a najpoważniejszy problem tutejszego Koscioła dotyczy poważnych braków personalnych. Jeżeli chodzi o zaplecze i konieczne struktury do pracy to one już istnieją, gdyż franciszkanie z Bawarii w prawdziwie niemieckim stylu zatroszczyli się o wszystko. Nie ma jednak ludzi, którzy by wzieli to wszystko w swoje ręce. Niemiecka prowincja z Bawarii już nie istnieje, wśród miejscowej ludności nie ma odpowiedniej ilości powołań, a te nieliczne miejscowe powołania są bardzo niestałe. Każdy kapłan, ktory tutaj przybywa, jest nieocenionym darem, jednakże jest to zawsze tylko kropla w oceanie potrzeb.

Fakt stosunkowo niewielkiej ilości powołań kapłańskich wśród miejscowej ludności i ich niestałość związany jest przede wszystkim z brakami emocjonalnymi i problemami istniejacycymi w środowisku rodzinnym. Rodzina, w naszym polskim rozumieniu tego słowa, praktycznie nie istnieje. Co prawda dzieci jest tu bardzo dużo, ale mieszkając razem w bardzo skromnych warunkach i śpiąc w tych samych łóżkach po kilku z rodzeństwa, odkrywają swoją seksualność w kontaktach z najbliższymi w rodzinie (z rodzeństwem lub też nawet będąc wykorzystywani przez własnych rodziców). Nie jest tu czymś nadzwyczajnym, że dziewczyna staje się matką w wieku 13-14 lat. Dodać do tego należy jeszcze poważny problem alkoholowy, brak odpowiedniego szkolnictwa i należytej edukacji. Jakże często najłatwiejszymi metodami szuka się rozwiązywania istniejących problemów. Dzisiaj np. kończy się karnawał. Nie jest to oczywiście karnawał w brazylijskim Rio, ale w mniejszym stopniu oddaje on rzeczywistość latynoskiej zabawy. Jest oczywiście normalna zabawa i taniec, ale wielkimi strumieniami płynie tutaj także alkohol i co za tym idzie, obniżają się wszelkie bariery moralne. Dlatego też zapobiegliwi organizatorzy zabaw rozdają uczestnikom zabaw i tanecznych pochodów prezerwatywy. To wszystko finansowane jest oczywiście ze środków wyłożonych przez międzynarodowe instytucje ds. zdrowia, które w ten sposob walczą z istniejącymi tutaj problemami. Pracy więć tutaj ogrom i potrzeby ogromne.

W czwartek, po środzie popielcowej, wraz z biskupem Antonim jadę do Cochabamby. Tam zatrzymam się około dwóch miesięcy celem doszkolenia językowego. Po dwóch miesiącach kursu najprawdopodobniej wrócę tutaj do wspólnoty zakonnej i katedralnej w Concepcion.

Pozdrawiam serdecznie i zapewniam o modlitwie. Niech czas Wielkiego Postu będzie dla nas wszystkich czasem autentycznej przemiany i odnowy, abyśmy wewnętrznie przemienieni z odwagą pierwszych Apostołów odważnie potrafili głosić prawdę o Zmartwychwstaniu Chrystusa.

Kasper ofm

 

© CRT 2012