Concepción, 28 sierpnia 2012
Drodzy Współbracia i Przyjaciele
Indiańska twarz. Południowoamerykańskie rysy twarzy potrafią zachwycić: skóra koloru miedzi, włosy czarne jak węgiel i oczy niczym najciemniejsza noc. Mimo trudnych warunków życia piękno tych ludzi nie opuszcza. Ameryka Łacińska przypomina prawdę, że to właśnie zwyczajni ludzie są najpiękniejsi.
W ubiegłą sobotę odwiedzałem chorych w parafii w San Javier. Towarzyszyła mi jedna z kobiet zaangażowanych w parafialnych Caritasie. Wspaniała Mary Luz zaprowadziła mnie w tym dniu do starego magazynu na części samochodowe zamienionego na mieszkanie wielodzietnej rodziny. W zaniedbanym pomieszczeniu mieszka jedenaście osób: starsza babcia – kaleka bez jednej ręki; dalej matka wychowująca ośmioro dzieci i mąż, który miesięcznie przynosi niewiele ponad 100 dolarów USA. Najstarsze z dzieci ma 15 lat, najmłodsze ponad rok. Z tej ośmioosobowej gromady trójka jest sparaliżowanych. Dwóch najstarszych chłopaków ma bezwład kończyn i nie potrafi mówić. Także i mały trzyletni chłopczyk nie może chodzić: przemieszcza się „na pupci” przy pomocy rąk. Mary Luz powiedziała, że najprawdopodobniej organizmowi brakuje wapnia. Szklanka mleka dziennie to luksus na który nie może sobie pozwolić ta rodzina. Z ośmiorga tylko jedna dziewczynka uczęszcza do szkoły i żadne z nich nie przystąpiło jeszcze do sakramentów.
Najstarszym dwóm chłopakom udzieliłem sakramentów chrztu, bierzmowania i Eucharystii. Takie sytuacja uświadamiają czym naprawdę są sakramenty. Oto tych dwoje cierpiących, niemówiących i sparaliżowanych dzieci zjednoczyło się z Chrystusem i stało się uczestnikami Jego Boskiego życia. Te dzieciaki rzeczywiście realizują to, o czym mówił św. Paweł: «w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół» (Kol 1, 24). Chrystus w nich bowiem nadal prawdziwie żyje i cierpi. Co więcej: oto teraz, gdy ktoś przyniesie tym dzieciakom kawałek chleba, to przyniesie go samemu Chrystusowi. Chrystus żyje w nich już nie tylko przez fakt, że oto Bóg w Jezusie przyjął naturę ludzką, lecz i przez to, że zechciał nas ludzi, poprzez sakramentalny znak, uczynić uczestnikami swego Bóstwa. Oto sakramentalna tajemnica Bożej obecności.
Następnego dnia Mary Luz przygotowała paczkę dla tej rodziny. Nic specjalnego: cukier, makaron, mleko w proszku,…, jakieś cukierki i ciastka dla dzieciaków. Chrzest i Pierwsza Komunia Święta to przecież okazja, aby zorganizować przyjęcie. Cukierki w tym wypadku do odpowiednik tego wszystkiego co dzieciaki w naszej Polsce otrzymują z okazji podobnych uroczystości i co niejednokrotnie przysłania istotę sakramentalnego wydarzenia.
Kraje takie jak Boliwia dużo potrafią nauczyć. Czasami zamieniam się w zwykłego kierowcę i towarzyszę siostrom zakonnym w drodze do wiosek, gdzie siostry uczą miejscowe kobiety prostych robótek ręcznych. Lubię wtedy zatrzymać się, aby z boku obserwować całą scenę. Pochłonięte zdobywaniem wiedzy kobiety zapominają o całym świecie co umiejętnie potrafią wykorzystać dzieci. Oto trzyletnia dziewczynka, niczym lalką, bawi się swoim młodszym ośmiomiesięcznym braciszkiem. Przerzuca go przez ramię, sprawdza czy nie ma mokro, nosi go i czasem pod ciężarem niemowlaka, wraz z nim, przewróci się. Niemowlak najprawdopodobniej przyzwyczajony do podobnego traktowania i nauczony doświadczeniem, że płaczem niczego nie wskóra, ze spokojem znosi wszelkie oznaki nadmiernej czułości niewiele starszej siostry. Czy możliwe byłoby coś takiego w naszej starzejącej się Europie, gdzie panuje swoisty kult dziecka: codziennie nowe zdjęcie ukochanego maleństwa na fb, kult pieluchy, integracji sensorycznej, mleka Bebiko?
A samo haftowanie i szydełkowanie. Żmudna praca polegająca na systematycznym przeciąganiu przez siebie na różne sposoby pętelek nici. Zajęcie to ma coś w sobie ze średniowiecznej sztuki przepisywania manuskryptów, gdzie cierpliwość i czas tworzą arcydzieło: jedyne i niepowtarzalne jak twarz każdego z nas. Jakże daleko odeszliśmy od kultury żmudnego przewlekania nici lub ręcznego przepisywania ksiąg. Niepowtarzalność złożyliśmy w ofierze masowej produkcji i konsumpcji, i dlatego też zgodzimy się nawet na to, aby w niektórych regionach świata łamano prawa człowieka – na które paradoksalnie tak często się powołujemy – byle by tylko zapewniono nam odpowiednią ilość ciągle nowych produktów ze znakiem made in China.
Bóg mówi o każdym z nas: «Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię» (Jer 1,5). Nie wierzymy jednak tak do końca w darmowość Bożej miłości i w to, że dla Boga każdy z nas jest tym jedynym i niepowtarzalnym. Zachłyśnięci zdobyczami cywilizacji sami postanawiamy wybić się ponad przeciętność: już nie w anonimowości szydełkowania lub przepisywania rękopisów, lecz w blasku medialnych fleszy. Gotowi jesteśmy nawet zapłacić wysoką cenę (godność, zdrowie), aby mieć swoje pięć minut. Świat jednak potrafi być brutalny z tymi, których sam wynosi do rangi medialnych gwiazd. Kilka dni temu agencja do walki z dopingiem zdyskwalifikowała dożywotnio znanego światu kolarza Lance’a Armstronga i pozbawiła go wszystkich zwycięstw w tym siedmiu triumfów w Tour de France. W tym dniach Ania Golędzinowska zwróciła się z gorącym apelem o modlitwę w intencji Sary Tommasi, włoskiej modelki i aktorki, która w krótkim czasie stała się medialną gwiazdą. Niestety kariera równie szybko przekształciła się w dramat politycznych skandali, narkotyków i pornografii, co doprowadziło do tego, że Sara obecnie walczy o życie.
Ratunek dla nas wszystkich w naszym Ojcu, który kocha nas miłością odwieczną: «Czyż może bowiem niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie» (Iz 49, 14-15).
Kasper M. Kaproń ofm