Concepción, 18 lipca 2012
Drodzy Współbracia i Przyjaciele
Odwiedził nas dziennikarz z Polski. W wywiadzie z biskupem Antonim padło pytanie: Kiedy wchodzi Ks. Biskup do domu w którym widać sporo biedy i widzi 13-letnią dziewczynę z dwójką dzieci, każdy z nas, i nie sądzę, żeby w przypadku ks. Biskupa było inaczej, zastanawia się: «mój Boże, jak to możliwe, że są na świecie takie miejsca, takie sytuacje, takie rodziny?» To są chyba sytuacje o których trzeba mówić i to głośno.
Dla dziennikarza z katolickiego medium szokiem był obraz młodej dziewczyny z dzieckiem na ręku. Dziewczyny, która zbyt wcześnie wyszła ze świata lalek, lecz równocześnie potrafiła szybko dojrzeć do tego, aby wziąć odpowiedzialność za poczęte życie i by być matką. Dziennikarza z nowoczesnej Polski dziwi świat w którym, gdy człowiek – tak jak wszędzie – popełni błąd, to potrafi ponieść konsekwencje i wydorośleć biorąc odpowiedzialność za własną lekkomyślność, chwilę słabości lub zauroczenia.
Pan Tomasz Terlikowski po skandalu na poznańskie parafii pisze o postawie księdza, który miał się przyczynić do śmierci własnego dziecka: On całym tym zachowaniem pokazał, że jest niedojrzałym, niegodnym miana mężczyzny człowiekiem, któremu nie można powierzyć odpowiedzialności za nikogo. W pełni zgadzam się z tą opinią, ale przy okazji czy nie powinniśmy zwrócić uwagę na tych, którzy wychowują do bycia współczesnym Piotrusiem Panem lub Calineczką; tych którzy kreują wiecznych marzycieli nie potrafiących dorosnąć i bojących się stałych związków? Mówi się dużo o wychowaniu seksualnym oraz o wychowaniu do świadomego rodzicielstwa. Mam jednak wrażenie, że ta nowoczesna edukacja prowadzi raczej do wychowania osób, które seksualność znakomicie potrafią oddzielić od odpowiedzialności i wraz z macierzyństwem i ojcostwem sprowadzić do czystej rozrywki. Dlatego też domagają się prawnego zagwarantowania tego wszystkiego co ułatwiłoby dobrą zabawę: antykoncepcja lub aborcja bo akurat «nie mam ochoty na dzidziusia», in vitro bo przyszła mi na nie chęć. Naturę jednak trudno przechytrzyć: długotrwałe stosowanie antykoncepcji i odkładanie decyzji o potomstwie – bo kariera, bo praca, bo przyjemność – to także przyczyny niepłodności, którą z kolei chce się leczyć za pomocą in vitro. Jakże łatwo przychodzi medialnym piewcom wolności mówić o katolickim zacofaniu; o religii, która nie pozwala cieszyć się życiem i nie chce zaakceptować tego co oferuje nauka i postęp, a przypomina jedynie o odpowiedzialności i uczy tego, aby wymagać od siebie, nawet gdy inni nie wymagają.
Przy okazji tych refleksji nasunęło mi się też pytanie dotyczące wiary: czy czasem i w naszą wiarę nie wkradł się syndrom Piotrusia Pana i czy jesteśmy autentycznie dojrzałymi w wierze?
Kilka dni temu rozmawiałem z osobą, która popełniła w życiu kilka głupstw. Dowiedziała się, że aktualnie pracuję na misjach i zapragnęła uciszyć powracający wyrzut sumienia aktywizmem i charytatywną działalnością. Powrócił dawno już przebaczony grzech. Jakże trudno nam chrześcijanom uwierzyć w darmowość Bożego Miłosierdzia i przyjąć radosną prawdę Dobrej Nowiny: Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił (Ef 2,8-9). Podświadomie każdy z nas ma wpojone to, że musi się wykazać przed innymi, przed samym sobą i przed Panem Bogiem. Ciągle udowadniamy sobie i innym naszą wartość: udowadniamy ją owocami pracy, pobożnością, zdobytymi tytułami, sukcesami. W naszym chrześcijaństwie ciągle zakorzenione jest poszukaniu odpowiedzi «za kogo ludzie mnie uważają» i trudno przychodzi nam zdobyć się na ubóstwo bezwarunkowego powiedzenia Chrystusowi «Ty JESTEŚ Mesjasz» i w konsekwencji bezgranicznie powierzyć się Jemu. Brak nam odwagi zdobycia się na ubóstwo, które owocuje głębią: gdzie nie chodzi o to «co robię», «co mam», ale to «kim jestem»: jestem u-kochany.
Trudno przychodzi nam przyjąć łaskę i uwierzyć rozumnym sercem. Zaakceptować, że to ona daje zbawienie, a nie nasze zasługi. Znajoma wolontariuszka wyznała kiedyś: Podejmując wolontariat zapytałam siebie po co to robię i komu tak naprawdę pomagam? Bo może najbardziej chodzi w tym wszystkim o moje dobre samopoczucie, o bycie w łatce «świętej». Pomagamy innym, ale jest to jedynie pewna forma samopomocy sobie, aby udowodnić sobie «że jestem dobra». Oczywiście nasze zewnętrzne zaangażowanie jest potrzebne: wiara bez uczynków martwą jest. Uczynki to manifestacja, uzewnętrznienie tego «kim jestem». Ale to nie one mnie określają. Trzeba pilnować tej równowagi miedzy działaniem, a tuszowaniem swoich niepewności. Jakże łatwo przeważyć szale na stronę aktywizmu. Jezus powiedział: «Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich». Ale jeśli oddajesz życie swoje, ale intencją jest bycie chwalonym, stać na piedestale lub przekonać Pana Boga do tego, że jesteś ok, to brutalnie powiem: „gó…. to warte”. Wybacz, że takich słów używam, ale to z emocji i żeby lepiej zobrazować. T. Love śpiewał «Twoja ambicja zabija ciebie. Ambicja to twój bóg». To trochę tak mi się wiąże z tymi tytułami, sukcesami, ZASŁUGAMI, a On naprawdę wpuści przed nami prostytutki, bezdomnych, a nie profesorów i tych dobrze ułożonych. To mocno mówi do mojego serca.
Religia. Czym ona jest dla chrześcijan? Etymologicznie Cycero wywodził termin ten od łacińskiego relegere (odczytać na nowo). Laktacjusz od religare (wiązać, spajać), wyjaśniając jego sens jako «odnowienie więzi między człowiekiem i Bogiem», a św. Augustyn zaś od reeligare (wybierać ponownie). Dzisiaj dużo mówi się o nowej ewangelizacji. Dobrze byłoby, aby współcześni misjonarze przypomnieli światu, że chrześcijaństwo to rzeczywisty związek człowieka z Bogiem, a nie zbiór doktrynalnych prawd do nauczenia się na pamięć lub moralnych przepisów do wypełnienia.
Nadzwyczajna Kapituła mojego Zakonu w 2006 wypracowała dokument Pan mówi do nas w drodze w którym ewangeliczna scena uczniów z Emaus ukazana została jako model doświadczenia spotkania ze Zmartwychwstałym. Uczniowie z Emaus rozpoczynają dialog z nieznanym wędrowcem: Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało… A myśmy się spodziewali…. Napotkany wędrowiec z początku nic nie mówi, wysłuchuje tylko i stara się zrozumieć te żale, bóle, gorycz rozczarowania. Najzwyczajniej w świecie pozwala wygadać się i dopiero później naucza, aby w końcu zasiąść wspólnie do posiłku.
Uczniów nie przekonały jednak wywody Jezusa, a zrozumieli je dopiero po skończonej wieczerzy. My zaś często próbujemy ograniczyć nasz przekaz wiary do elementów racjonalnych i zapominamy o tym co jest zasadnicze: spotkanie, «bycia z» i «bycia dla».
Radosną Nowiną chrześcijaństwa jest to, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,16). Jezus umarł za mnie! To już nie antropomorfizacja Boga i starotestamentalne obrazy ojca, matki, oblubieńca, sędziego… To Jezus, Bóg i Człowiek, który umarł za mnie. Umarł, gdyż mnie umiłował. Gdy człowiek dotknie tej prawdy i przyjmie ją to wszystko się zmienia. Człowiek nadal wszystko może, może więc odrzucić i miłość. Ale wobec takiego doświadczenia się drży, gdyż prawda ta dotyka najgłębszych zakamarków ciała ludzkiego. Tu już nie ma miejsca na dywagacje i rozważania, bo jest doświadczenie Miłości.
A praktyczne konsekwencje tego dla naszego duszpasterstwa: najpierw kerygmat i osobista odpowiedź wynikająca z doświadczenia Chrystusa, później sakramenty, a dopiero później przekaz doktryny. A my chyba nadal koncentrujemy się na doktrynie, która bez osobowego spotkania z Bogiem jest dla współczesnych czystą fantastyką i o wiele mniej atrakcyjną niż Harry Potter.
Kasper M. Kaproń ofm