Oda do mojej młodości

Concepción, 25 czerwca 2012

 

Drodzy Współbracia i Przyjaciele



Kolejne urodziny i kolejny rok życia zamknął za sobą drzwi. Magda, moja rówieśniczka, w przesłanych życzeniach napisała: «Od niedawna dopiero doceniam, jak wielkie to święto – dla Boga, dla nas, dla naszych najbliższych…» W pełni podpisuję się pod tymi słowami. Lata, które mijają uczą nas odkrywać piękno daru jakim jest życie i sprawiają, że intensyfikuje się wdzięczność wobec Boga i rodziców za to, że jesteśmy.

Należę do rocznika, który swoją prawną dojrzałość osiągnął w historycznym ´89 roku. Nie jesteśmy rocznikiem, który w Polsce zrobił karierę. Gdy dokonywały się przemiany systemowe byliśmy jeszcze za młodzi, aby zdobyć pierwszy milion, na którym można by budować przyszłą fortunę. Ówczesna szkoła chyba też nie najlepiej przygotowywała nas do swobodnego poruszania się po światowych salonach, szczególnie tych z finansowej elity. Odwiedzając rodzinny dom i spotykając się z rówieśnikami cisną się na usta słowa ze znanej ballady Jacka Kaczmarskiego Nasza Klasa:

Ulka z Jurkiem gdzieś ugrzęźli
Na wsi krytej eternitem,
Pewnie się nie odnaleźli
W Trzeciej Rzeczypospolitej.
Zbyszek, Romek, Anka, Paweł
Są tak prawi, że aż łyso
I czym żyją, nie wiem nawet,
Więc i nie ma o czym pisać…

Pomimo faktu, że finansowo nam się nie powiodło, to jednak w sercu rodzi się duma z przynależności do rocznika ´71. W pewnym sensie – pozwólcie na mało obiektywną egzagerację – jesteśmy ostatnim rocznikiem romantyków. Przywołując lata szkolne w pamięci pojawia się obraz zdobytego gdzieś nielegalnie guzika z orzełkiem w koronie lub słyszy się melodię i słowa śpiewanych przy ognisku piosenek bardów wolności. To wszystko pełne młodzieńczej naiwności i bez jakiegokolwiek wyrachowania. Nieskażone pragmatyzmem ideały są wartościami, które stanowią o sile naszego pokolenia.

Spoglądam na dzisiejszą rzeczywistości. Jakże bardzo podzieliliśmy się stwarzając sobie getta i wznosząc mury, które uniemożliwiają jakąkolwiek formę dialogu. Z jednej strony pseudo-nowoczesność i europejskość barwnych happeningów i parad równości promujących życie bez jakichkolwiek zobowiązań. Z drugiej strony „walczący katolicyzm” dla którego słowa takie jak dialog lub otwartość brzmią podejrzanie i stanowią o zdradzie narodowej i religijnej tożsamości.

Puste słowa i piękno-brzmiące hasła o wolności i równouprawnieniu europejskiej elity lub też akademickie spory i teologia zredukowana do czystej retoryki bez odniesienia do realnego życia: l´art pour l´art.

Toczone dyskusję przypominają mi trochę to wszystko co działo się w ostatnich tygodniach wokół mostu w drodze do wioski Monte Cristo. Pokonywanie go stanowiło dla mnie spore wyzwanie i uniemożliwiało stałą obecność w wioskach znajdujących się po drugiej stronie rzeki. Poruszenie się po dwóch belkach zawieszonych w poprzek wodnego koryta doskonaliło co prawda umiejętność prowadzenia pojazdu, dostarczało jednak zbyt dużo, jak dla mnie, dawki adrenaliny. Jakże dużo było słów, protestów, zobowiązań i projektów instytucji odpowiedzialnych za właściwe utrzymanie dróg. Upływały kolejne tygodnie, w czasie których kilka osób nieszczęśliwie wpadło do wody, a nic nie wskazywało, żeby coś w tej kwestii drgnęło. Wystarczyła jednak prosta decyzja siostry Nohemi, administratora szkolnych warsztatów naszego Wikariatu, aby w kilka godzin rzeka na nowo stała się w pełni przejezdna.

Przez długie lata studiowałem teologię i czasami trudno mi nie zapytać się o stan współczesnej teologii. W niedawno odgrzebanym przeze mnie wywiadzie z księdzem biskupem Alfonsem Nossolem Być dla, czyli myśleć sercem znalazłem kilka cennych uwag: «Istnieje we współczesnej polskiej teologii – mówi ks. biskup – lęk przed innością. Byliśmy przyzwyczajeni bazować na tradycji – co jest zrozumiałe. Tradycja była naszym ocaleniem, zawsze zwykliśmy przecież – jako Polacy – odwoływać się do wielkości historycznej naszego narodu, naszego Kościoła i stąd czerpaliśmy otuchę oraz nadzieję odnośnie do przeszłości – niejednokrotnie zamiast jej kreatywnego i twórczego budowania. Jesteśmy jednak nie tylko stróżami tradycji, ale współtwórcami naszej przyszłości. Największym wrogiem kreatywnego podejścia do przyszłości jest lęk i różnego rodzaju strachy. Lęk i strach to źli doradcy. Jezus Chrystus wyzwolił nas ze strachu i lęku, zwłaszcza Chrystus popaschalny, który mówi: „Nie bójcie się, nie lękajcie się”. Człowiek zatrwożony nie zrobi niczego pozytywnego, będzie tylko nastawiony na zachowanie tego, co już ma. Nie możemy zamykać tradycji.»

Biskup – teolog mówi dalej: «Każde mówienie o Bogu musi być równocześnie mówieniem o człowieku (…) Człowiek jest pierwszą i zasadniczą drogą Kościoła. Tą drogą jest nie obraz człowieka, nie jego idea, lecz człowiek historyczny, konkretny – każdy z nas. Jedyną istotną i naczelną troską może i musi być człowiek, ale zbawieniem naszym, zbawieniem wszystkich ludzi jest tylko i wyłącznie Bóg. Uważam, że owa integracja antropologiczna musi jeszcze bardziej dochodzić do głosu we współczesnej teologii, bo inaczej teologia stanie się (…) grą szklanych paciorków. Wtedy to teologia nie jest już ani na usługach wiary, ani nie jest teologią bliższą życiu, ani nie pomaga żyć, ani nie ujmuje należycie godności człowieka, a przecież ze swej strony ma być ona dla człowieka. Bóg nie potrzebuje teologii

Chrystocentryczna teologia antropologicznie zintegrowana. Trzeba przyznać, że druga połowa XX wieku wpisała się na trwale do światowego dziedzictwa myśli teologicznej. Chcąc czy nie chcąc nikt z uprawiających dziś teologię nie może przejść obojętnie wobec takich postaci jak Rahner, Balthasar, Kasper, Barth, Congar. Zetknięcie się z okrucieństwem dwóch wojen światowych bez wątpienia miało istotny wpływ na stawiane przy tych teologów pytanie o miejsce Boga w życiu człowieka. W konsekwencji teologia rozwinęła się i zaowocowała działem odnowy chrześcijaństwa w kształcie nadanym przez Sobór Watykański II. Śledząc współczesne salonowe dyskusje (gdzie przykładowo w centrum uwagi pojawia się kwestia sposobu przyjmowania Komunii Świętej) wypada zapytać się dlaczego tak bardzo w naszych rozważaniach odeszliśmy od teologii jako mądrości życia.

Tłumaczymy się, że w sporze z nowym ateizmem konieczne jest zachowanie czystości wiary. Darem łaski dla nas byłoby, gdybyśmy – tak jak św. Paweł, który zdążał do Damaszku, aby bronić tam zasad ortodoksji – upadli z konia i doświadczyli autentycznej teofanii. Przychodzi mi na myśl teofania Biedaczyny z Asyżu: doświadczenie Chrystusa w spotkaniu z trędowatym. Pisząc po latach Testament tak wspomina to wydarzenie: «Mnie, bratu Franciszkowi, Pan dał tak rozpocząć życie pokuty: gdy byłem w grzechach, widok trędowatych wydawał mi się bardzo przykry. I Pan sam wprowadził mnie między nich i okazywałem im miłosierdzie. I kiedy odchodziłem od nich, to, co wydawało mi się gorzkie, zmieniło mi się w słodycz duszy i ciała; i potem nie czekając długo, porzuciłem świat.» Istnieje ścisły związek miedzy życiem w grzechu, a ślepotą, która zamyka oczy na doświadczenie Chrystusa obecnego w drugim człowieku. Można by powiedzieć, że probierzem stanu naszego sumienia jest to jak traktujemy tych ostatnich, współczesnych trędowatych: śpiących na ławkach w parku lub w dworcowych poczekalniach. Probierzem jest to jak reagujemy na nieumytych i cuchnących; tych, którzy drażnią naszą estetykę.

Siostra Elena zajmuje się w mojej boliwijskiej parafii dziećmi fizycznie i umysłowo upośledzonymi: najuboższymi wśród najuboższych – dziećmi skazanymi na powolną śmierć. Zaprosiła mnie, abym towarzyszył jej w rutynowych odwiedzinach podopiecznych. W pamięci wyrył mi się obraz ośmiomiesięcznego dziecka: w wyniku powikłań w czasie ciąży dziecko to przyszło na świat sparaliżowane, z poważną wadą wzroku i słuchu. W tutejszych warunkach praktycznie nie ma możliwości podjęcia leczenia. Mały Chrystus, który dziś przychodzi na świat.

Patrzę na ten zbity z desek barak w którym mieszka dziesięcioosobowa rodzina. W jednym pomieszczeniu cztery łóżka: jedno z nich zajmują rodzice, a pozostałe trzy dzielą między siebie ośmioro rodzeństwa. Jeden z moich współbraci, misjonarz z Niemiec, bardzo trafnie zauważył, że w krajach europejskich dzieci i młodzież potrzebują internetu, aby zdobyć wiedzę z zakresu seksualności. W tutejszych warunkach natomiast dzieci nabywają doświadczenia w kontakcie z naturą. I znów nie chodzi o gloryfikację tutejszej rzeczywistości, gdyż boliwijska sytuacja jest bardzo poważna (relacje kazirodcze, wczesna inicjacja seksualna). Czy jednak nie za często życie sprowadzamy do wirtualnego wymiaru: wirtualna przyjaźń zastępująca tą rzeczywistą, wirtualny seks jako substytut autentycznego spotkania dwóch kochających się osób, wirtualny dialog o wierze, zamiast autentycznego życia wiarą.

W 1196 roku pojawiło się pierwsze piśmiennie udokumentowane świadectwo dotyczące praktyki podniesienia hostii i kielicha w czasie konsekracji. Moment ten dla wielu stał się najważniejszą chwilą Mszy Świętej. Spożywanie zaczęto zastępować oglądaniem. Oby w naszym chrześcijańskim życiu praktyka miłości bliźniego nie zakończyła się tylko na patrzeniu i kontemplowaniu ubogiego lub też na teoretycznym pisaniu o konieczności pomagania. „…nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą (1J 3,18).

Gdy więc wokół nas tak dużo słów, niech obudzą się w nas nasze młodzieńcze ideały: Młodości dodaj mi skrzydła!

 

 

Kasper M. Kaproń ofm




© CRT 2012