Urubichá, 17 marca 2013 r.
Drodzy Współbracia i Przyjaciele
W mojej parafii nie przelewa się. Żyjemy skromnie. Zdobyłem się jednak na wydatek i w czasie ostatniego pobytu w Santa Cruz kupiłem wielkanocny Paschał. Nie jakąś tam parafinową świecę, lecz prawdziwy paschał wykonany z pszczelego wosku. Zostawiłem go w moim klasztornym mieszkaniu i po kilku godzinach cały pokój wypełnił się cudownym, pełnym świeżości, zapachem „owocu pracy pszczelego roju”. Zasypiając czułem atmosferę zbliżających się świąt. Coś podobnego czuje się, gdy przed świętami Bożego Narodzenia w mieszkaniu rozchodzi się woń świerka, smażonego karpia lub pasty do podłogi. Przypomniały mi się słowa moich profesorów Papieskiego Instytutu Liturgicznego w Rzymie: Silvano Maggiani i Crispino Valenziano, którzy pełnili także funkcję ekspertów Biura Celebracji Papieskich w czasie, gdy mistrzem papieskich ceremonii był abp Piero Marini. Jako specjaliści od antropologii i symboliki mówili często o roli jaką w liturgii odgrywa przekaz pozawerbalny. Wśród wszystkich zmysłów najsilniejszym jest zmysł powonienia: człowiek bowiem często jest roztargnionym, może czegoś nie zauważyć, może czegoś nie usłyszeć, ale zapach zawsze wychwyci. Stąd rola jaką w liturgii odgrywa woń kadzidła, zapach świeżych kwiatów, itp.
Zmysły odgrywają fundamentalną rolę w publicznej modlitwie Ludu Bożego. Nie może być inaczej, gdyż nasza religia jest religią wcielenia i w liturgii oddajemy cześć Temu, którego „ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce” (1 J 1,1). Widzieć, słyszeć, dotykać, czuć, smakować: to wszystko stanowi niezbędny element na drodze spotkania z Jezusem, który stał się jednym z nas. Dlatego też trudno mi zrozumieć wszelkiego rodzaju obiekcje dotyczące przyjmowania Komunii Świętej na rękę. Dlaczego tak wzbraniamy się, aby z naszych dłoni uczynić tron dla Króla Chwały i poczuć ten prawie niezauważalny ciężar Tego, który dzierży losy świata? Myślę, że ciągle mamy poważne trudności z akceptacją prawdy wiary dotyczącej tego, że „życie objawiło się i Bóg stał się jednym z nas”.
Przed świętami Wielkanocnymi napisałem list do Przyjaciół. W liście tym umieściłem zdjęcie pijanego człowieka leżącego na ziemi, z rozłożonymi rękami na kształt krzyża i trzymającego w dłoni puszkę piwa. Zacytowałem słowa proroctwa Izajasza o cierpiącym Słudze Jahwe: „Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarz zakrywa” (Iz 53, 3). To zestawienie w zamierzeniu było szokujące i wywołało konsternację. Internetowy portal mojej Prowincji Zakonnej opublikował list, zmieniając jednak zdjęcie. Potrafimy zaśpiewać: „to nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”, jednocześnie jednak trudno mam dostrzec rzeczywistość tego gwoździa w postaci puszki po piwie. Czytamy słowa św. Pawła: „On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu (2 Kor 5,21), ale mamy trudności z przyjęciem faktu, że jesteśmy obrazem Boga Niewidzialnego i że obraz ten krzyżujemy i codziennie niszczymy naszym grzechem. Ale każdy człowiek, nawet ten zniszczony przez grzech, to żywa ikona Boga. Prawda o wcieleniu dokonującym się „tu i teraz” trudna jest do zaakceptowania. O wiele łatwiej nam zamknąć Boga w kościele, w tabernakulum, wypchnąć Go do niedostępnej światłości, niż przyjąć Go obdartego, leżącego w rowie lub na ławce w parku. Rzeczywistość wcielenia przeraża.
Ten ostatni tydzień spędzony w Santa Cruz był wyjątkowy. Gdy wchodziłem w poniedziałek do klasztory św. Antoniego przywitał mnie o. Walter: starszy, doświadczony życiem i chorobą współbrat. Rozmowa siłą rzeczy dotyczyła konklawe. Stary misjonarz pochodzący z Niemiec powiedział: „Jako Kościół w Europie już chyba niewiele mamy do zaoferowania światu. Zamknęliśmy się w naszych problemach i ciągle to samo powtarzamy: postępująca laicyzacja, sprawa celibatu, etyka seksualna… Kościołowi potrzeba czegoś nowego, świeżości. Kościół to życie, to nowość, to Chrystus, który Zmartwychwstał.” Pomyślałem sobie wtedy, że ten stary zakonnik ma rację. Oczywiście, że wszędzie są problemy. Ma je Kościół w Ameryce Łacińskiej, w Azji, w Afryce. Różnicę jednak miedzy problemami Kościoła w Europie, a tymi istniejącymi w Kościołach Nowego Świata można porównać do problemów starego, znudzonego życiem i opływającego w dostatek człowieka, który szuka w jaki sposób zabić nudę i dlatego rodzą się w jego umyśle najdziwniejsze pomysły. Z drugiej strony mamy zaś jakiegoś nastolatka, może nawet dziecko, które zbroi, popełni jakąś głupotę, może nawet spróbuje zakazanego owocu, ale jest pełen życia. W pierwszym przypadku mamy natomiast jedynie znudzenie życiem.
Tydzień spędzony w Santa Cruz był intensywny. Wykorzystując fakt, że jestem w mieście chciałem załatwić wiele spraw. Proza dnia codziennego sprawiła, że temat konklawe zszedł na dalszy plan. Przekonany byłem zresztą, że nie będzie to błyskawiczne konklawe i że potrwa kilka dni. Środowy dzień zaczął się jednak nietypowo. Tropikalna ulewa pokrzyżowała wszystkie plany i zmusiła do pozostania w domu. Udało mi się jedynie odebrać pocztę i ucieszyłem się, gdyż otrzymałem paczkę z Asyżu, w której znajdował się kamień z kaplicy Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkuli. Poprosiłem o niego kilka miesięcy wcześniej, gdyż chciałem wmurować go w ścianę mojego kościoła w Urubichá zadedykowanego, tak jak asyska kaplica, Pani Anielskiej. Jeden z tych kamieni od którego wszystko się zaczęło: „Franciszku, idź odbuduj mój Kościół”.
Deszcz nie pozwolił, aby zrobić coś więcej. Po obiedzie usiadłem przed telewizorem i zacząłem oglądać transmisję z Watykanu. Widok siedzącej mewy na kominie kaplicy Sykstyńskiej przywołał w pamięci słowa wspomnianego już wcześniej prof. S. Maggiani, wypowiedziane na kilka dni przed pogrzebem Jana Pawła II: „W liturgii możemy wiele rzeczy przygotować, istnieje jednak pewien czynnik nieprzewidywalny: wiatr, deszcz… Ostatecznie to bowiem Pan Bóg jest reżyserem każdej liturgicznej celebracji.” Kilka dni później wiatr zamknął księgę Ewangelii na trumnie Jana Pawła II. Teraz mewa pojawiła się na tym najważniejszym w tych dniach kominie. I wtedy zrodziła się jakaś niewytłumaczalna pewność, że wybór dokona się właśnie tego dnia i że najbliższy wychodzący dym będzie już tym koloru białego.
Prostota i pokora papieża Franciszka ujęła od samego początku i myślę, że to ona pozwoli nam wejść głębiej w tak trudną do zrozumienia prawdę o wcieleniu. Pochylić się nad człowiekiem i przyjąć go nawet wtedy, gdy jest zniszczony grzechem. Pozwoli nam przetrzeć oczy i zobaczyć w nim Tego, na obraz którego człowiek ten został stworzony.
Kasper M. Kaproń ofm