Concepción, 11 czerwca 2012
Drodzy Współbracia i Przyjaciele
Zakładając koszulę spojrzałem na jej przetarty i zużyty kołnierzyk. Lubię tę koszulę i bardzo wygodnie się w niej czuję. Przypomniałem sobie jednak miejsce i czas kiedy ją kupiłem. To był ostatni rok pracy na mojej pierwszej kapłańskiej placówce, czyli 2001 rok. 11 lat minęło i można by śmiało zaśpiewać o tej koszuli odpowiednio modyfikując słowa włoskiej piosenki żołnierskiej Vecchio scarpone: «ile to już czasu minęło, ileż wspomnień i miejsc przywołujesz mi». Zwykła koszula. Przyszedł czas, aby się z nią bezpowrotnie rozstać.
Uczestniczyłem wczoraj w święcie patronalnym wioski Turax Napez (Brama niebieska). Spoglądałem na ludzi wybierających z worków pełnych odzieży coś odpowiedniego dla siebie. Kobiety z naturalną kokieteryjnością przymierzały sukienki, bluzki lub inne drobiazgi. Wybierały także coś właściwego dla swoich mężów i dzieci. Odzież z drugiej ręki, ale jeszcze przydatna i czasami całkiem fajna. Wioska znajduje się w środku boliwijskiej pampy, oddalona dwie godziny samochodem od najbliższej większej mieściny. Obwoźny handel, który z racji święta pojawił się u nich stanowi doskonałą okazję, aby kupić coś odpowiedniego i stosunkowo niedrogiego (ciuchy w cenie jednego dolara). Przypomniała mi się równocześnie scena z czasów pracy duszpasterskiej w Sanremo. Młoda i elegancka pani przyniosła do parafii kilka worków prawie nieużywanej, markowej odzieży. Mówiła, że nowy sezon, nowe fasony i nowe kolory są teraz modne. Szkoda wyrzucać tego, co zakupiła w zeszłym roku, więc może znajdzie się jakiś biedny, któremu się to przyda.
Podobno Europa dotkliwie odczuwa ekonomiczny kryzys. Nie znam się na światowej ekonomii i nie znam mechanizmów, które rządzą gospodarką. Wydaje mi się jednak, że wielu mieszkańcom krajów Starego Kontynentu przyzwyczaiło się do życia w przepychu i trudno przychodzi teraz zrezygnować z luksusowych wakacji, kolacji w dobrych restauracjach, markowej odzieży wymienianej każdego sezonu, najnowszych gadżetów ze świata techniki lub innych dóbr, które trudno określić jako przynależących do tych pierwszej potrzeby. Kilka krajów stoi na krawędzi bankructwa, jednakże trudno przychodzi obywatelom pogodzić się z jakąkolwiek formą wyrzeczeń i rezygnacji z dotychczasowego standardu życia.
Od ponad roku mieszkam w Boliwii. Mówi się, że jest to najbiedniejszy kraj Ameryki Łacińskiej. Nie mam odpowiedniej skali porównawczej w stosunku do innych krajów latynoskich, ale z perspektywy europejskiej mogę powiedzieć, że jest tu bardzo biednie. Clara, znajoma z Włoch, napisała komentarz do jednego ze zdjęć umieszczonego przez mnie w internecie, a przedstawiającego zabudowania indiańskiej wioski: Osoby tam żyjące z pewnością gwiżdżą sobie na wszelkie finansowe trzęsienia ziemi… bieda jest ich codziennością i przyzwyczaili się do niej. Z pewnością nawet nie zdają sobie sprawy, że w innej części świata mieszkają ludzie, którzy wyrzucają i marnotrawią to, co mogłoby ich wyżywić przez lata całe. Brak słów!!!
Patrząc z tej perspektywy mógłbym odpowiedzieć Clarze: «Tak, jest ubogo: do wielu miejsc nie dotarła jeszcze elektryczność, brakuje asfaltu na drogach i ludzie nie ubierają się w ekskluzywnych butikach, ale cieszy, że przynajmniej w tej części świata ludzie nie cierpią głodu. Co więcej, pod wieloma względami jest to autentyczna zielona wyspa. Już przecież prawie zima, a naokoło pełno zieleni i słońce cały rok wspaniale nas ogrzewa.»
Czytam wspomnienia Alicji Piekarskiej, wolontariuszki, która przez ponad rok pracowała z nami w Concepción. Opisuje jedną z naszych parafianek: Emanuela, biedna, ale bogata wewnętrznie, porzucona przez dzieci, ale kochana przez Boga – prawie całe życie pracowała jako niewolnica przy drzewach kauczukowych. Bita przez swojego pana znosiła wszystkie cierpienia i upokorzenia, wierząc, że „Bóg jest z nami” (tak przecież tłumaczy się jej imię). Obecnie żyje sama, w małej drewnianej chacie bez prądy i światła. W ciągu dnia przesiaduje pod drzewem, które daje jej kawałek cienia. W chłodniejsze dni rozpala ognisku w swym domu, tuż przy łóżku. Nie umie pisać, ani czytać, nie wie ile ma lat, a czas odlicza patrząc na słońce. (…) Dwa razy w tygodniu wybiera się pieszo do Concepción (ok. 8 km), do katedry, na spotkanie z Chrystusem. Idzie pochylona, podpierając się laską, wśród pyłu i skwaru słońca, w rzęsistym deszczu, niosąc małą siatkę, wierząc, że zapełni ją darami od dobrych ludzi. Tu dostanie kawałek mięsa, tam kawałek chleba, a jeszcze indziej cukier, ziemniaki albo trochę pieniędzy. (…) Dostała od nas tipoy, tradycyjną sukienkę chiquitanos. Ucieszyła się, gdyż przywiązuje dużą wagę do schludnego wyglądu. Ma długie, specyficznie pachnące włosy, które gładko zaczesuje w kitkę, na szyi korale, nosi czyste ubranie, choć tak stare i zniszczone, bo prane ręczną szczotką. W Emanueli nigdy nie zauważyłam uczucia zazdrości czy też zawiści, to ona dzieli się wszystkim. Patrząc w jej twarz czuje się radość i wdzięczność. Nie ma na tej twarzy poczucia krzywdy i porażki.
Pojęcie biedy związane jest z brakiem. Pytam się więc kto tak naprawdę jest biedny. Osoby takie jak wspomniana wyżej Emanuela, indianie z chat krytych palmowymi liśćmi, osoby kupujące ciuchy w sklepach z tanią odzieżą sprzedawaną na wagę czy też ci, którym ciągle czegoś do szczęścia brakuje: koszulki noszącej logo znanego projektanta mody lub reklamowanego w telewizji nowego aromatu perfum. Podobno został nawet już sklasyfikowany medycznie problem zakupoholizmu: ludzie w kolejnych nabywanych przedmiotach starają się zaspokoić brak tego co fundamentalne i niezbędne jak tlen do życia: autentycznej przyjaźni, miłości i bliskości.
Kilka lat temu w Polsce został zrealizowany głośny film Galerianki przybliżający bolesny problem prostytucji wśród nieletnich dziewcząt. Gimnazjalistki, które nie najlepiej radzą sobie w szkole, szukają w galeriach centrów handlowych sponsorów, którym oferują seks w zamian za kupno odzieży lub drobnego sprzętu elektronicznego. Ofiary współczesnej kultury w której mieć jest wyznacznikiem wartości, prestiżu i koniecznym warunkiem społecznej akceptacji. Czy nie jest czasem tak że współczesny kryzys ekonomiczny jest prostą konsekwencją kryzysu życia duchowego i kryzysu moralnego.
We wspomnianej już wcześniej wiosce Turax Napez spowiadałem dzieci przygotowujące się do Pierwszej Komunii Świętej. Znalazłem się w niej, gdyż przyszło mi zastępować proboszcza w parafii San Javier oddalonego ok. 70 km od mojego Concepción. Po rysach twarzy można było dostrzec, że mieszkańcy wioski przynależą do innego niż w Concepción plemienia Chiquitos. Zdecydowanie inna jest tutaj także kultura religijna. W Concepción jest bowiem bardzo silny wpływ duszpasterstwa niemieckiego. Misjonarze z Niemiec postawili szczególny nacisk na kwestie socjalne budując szkoły, ośrodki zdrowia, ujęcia wody pitnej itp. W parafii San Javier, gdzie wcześniej posługiwali Hiszpanie, wioski są uboższe i odczuwa się brak rozbudowanego zaplecze duszpasterskiego i socjalnego. Wiara jednak wydaje się o wiele żywsza. Spowiadając dzieci i mieszkańców zwróciłem uwagę na charakterystyczną postawę jaką penitent przyjmuje w czasie wyznania grzechów: pochylona głowa i złożone ręce jak do modlitwy na wysokości czoła. I słowa, którymi rozpoczyna się spowiedź: „Tak ojcze, zgrzeszyłem”. Do spowiedzi przystępuje cała wioska (tak dzieci jak i dorośli) i nikomu nawet na myśl nie przychodzi stawiać kwestię, poruszoną niedawno na łamach Tygodnika Powszechnego, czy siedmio, ośmio lub dziewięciolatki mają świadomość grzechu i czy, aby konieczne jest to, aby stresować je tym bolesnym sakramentem. Przychodzą i mówią: „Tak ojcze, zgrzeszyłem”.
Daleki jestem od idealizowania boliwijskiej rzeczywistości i nie jestem wobec niej bezkrytyczny. Kilka tygodni temu mieszkańcy jednego z miasteczek naszego wikariatu dokonali krwawego samosądu publicznie zabijając osobę podejrzaną o popełnienie morderstwa. Dotkliwym problemem tych terenów jest brak stałych więzi rodzinnych, bardzo wczesny wiek inicjacji seksualnej, ogromna ilość aborcji. Denerwuje instrumentalne traktowanie religii oraz niezrozumienie zasad dotyczących życia sakramentalnego. Wiele czynników ma wpływ na ten stan rzeczy, które choć w niczym nie usprawiedliwiają, to przynajmniej w pewien sposób tłumaczą wspomniane wyżej zjawiska: powszechny brak zaufania do wymiaru sprawiedliwości, wcześniejsze dojrzewanie młodzieży, klimat i latynoski temperament, brak wspólnej linii pastoralnej misjonarzy pochodzących z różnych krajów. Na pewno nie jest tutaj idealnie. Gdyby bowiem tak było, nie potrzebna byłaby tutaj nasza obecność i nasze – czasami pełne braków – świadczenie o Ewangelii.
Myślę o tym wszystkim i kolejny raz spoglądam na moją starą i zniszczoną koszulę. Słyszy się czasem, że franciszkańskiego ubóstwa nie należy utożsamiać z dziadostwem. Ale jeżeli przez słowo dziad rozumie się tego ostatniego, to czy przypadkiem nie do takich upodobnił się Chrystus i nie taki sposób życia obrał Franciszek. Koszula z pewnością trafi do kubła na śmieci, ale jeszcze nie tym razem.
Kasper M. Kaproń ofm