Cochabamba, 24 kwietnia 2011 r.
On jest Tym, który nas wywiódł
z niewoli na wolność, z ciemności do światła,
ze śmierci do życia, spod władzy tyrana do
wiecznego królestwa i uczynił nas nowym
kapłaństwem oraz ludem wybranym na wieki.
On jest Paschą naszego zbawienia.
To On w wielu musiał znosić wiele.
W Ablu został zabity, w Izaaku związano Mu
nogi, w Jakubie przebywał na obczyźnie,
w Józefie został sprzedany, w Mojżeszu podrzucony,
w baranku paschalnym zabity, w Dawidzie
prześladowany, w prorokach zelżony.
Poczęty w łonie Dziewicy, zawieszony na drzewie krzyża, pogrzebany w ziemi
zmartwychwstał i wstąpił na wysokości niebios.
Z homilii paschalnej Melitona z Sardes, biskupa
Drodzy Współbracia i Przyjaciele!!!
Χριστός Ανέστη! Αληθώς Ανέστη!
Chrystus Zmartwychwstał, alleluja!
Prawdziwie Zmartwychwstał, alleluja!
Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Nie są to moje pierwsze świętapoza krajem, jednakże pierwsze przeżywane w całkowicie odmiennej kulturze i scenerii kontynentu południowoamerykańskiego. Świąteczne popołudnie i cisza poobiedniej sjesty sprzyjają, aby usiąść i w kilku słowach zawrzeć wydarzenia mijającego czasu. Jak już wspominałem w poprzednim liście, od czwartku po Środzie Popielcowej przebywam w Cochabamba. Jest to jedno z największych miast Boliwii i w pewnym sensie centrum życia religijnego tego kraju.Zamieszkałem w naszym franciszkańskim klasztorze, który jest także domem formacyjnym dla studentów teologii. Pierwsze dwa tygodnie mojego pobytu tutaj były okresem swobodnej aklimatyzacji i poznawania nowej rzeczywistości. Boliwijczycy określają Cochabambę miastem niekończącej się wiosny i czas, który spędzam tutaj potwierdza adekwatność tego stwierdzenia. Klimat, który tutaj panuje jest nieomal doskonały. W ciągy dnia temperatura waha się w granicach 25-30oC i w porównaniu do Concepcion, gdzie spędziłem moje pierwsze tygodnie pobytu w Boliwii, powietrze nie jest tutaj tak wilgotne, dlatego też nie dokuczają komary lub inne insekty. W nocy temperatura obniża się, jednakże nie na tyle, aby nie można było swobodnie funcjonować lub wypoczywać przy otwartym oknie. Miasto położone jest na wysokości 2584 m npm i dlatego w pierwszych dniach pobytu musiałem zmierzyć się z charakterystyczną dolegliwością, związaną ze zmianą ciśnienia. Wystarczyły jednak dwa dni oraz kilkanaście liści koki, aby organizm zaadaptował się do nowych warunków i wysokości.
Wspomniałem już poprzednio o wspólnocie, w której aktualnie przebywam. Nasza franciszkańska prowincja w Boliwii jest wspólnotą międzynarodową złożoną z braci, którzy pochodzą z jedenastu krajów. W pierszym tygodniu mojego pobytu w Cochabamba uczestniczyłem w wielkopostnym dniu skupienia zorganizowanym dla braci mieszkających w centralnym regionie Boliwii. Mimo dużych odległości i bardzo słabej infrastruktury drogowej, wszyscy bracia z tego regionu (zwracam uwagę na słowo wszyscy), niezaleznie od wieku i obowiązków, uczestniczyli w tym kilkugodzinnym spotkaniu. Właściwie nic szczególnego (konferencja, chwila modlitwy, obiad), jednakże niebywała okazja to wzajemnego spotkania i oderwania się od codziennych, klasztornych zajęć. Trzeba też zaznaczyć, że praktycznie bracia nie dopuszczają myśli, aby dyspenzować się od tego typu spotkań. Żadna okoliczność, praca czy obowiązek w parafii nie stanowią przeszkody, aby przyjechać na organizowane cztery razy w ciagu roku spotkania. Bardzo budującym dla mnie jest także sposób, w jaki tutejsi bracia przygotowują się do zbliżajacej się Kapituły Prowincji. Każda wspólnota i każdy brat indywidualnie mieli za zadanie wypełnić wczesniej przygotowane ankiety, w których poruszono najbardziej aktualne problemy i projekty prowincji. Na podstawie nadesłanych odpowiedzi przygotowywany jest obecnie cały program Kapituły, która ma na celu naszkicować cele działania prowincji na najbliższe sześciolecie. Dlatego też w rozmowach słyszy się przede wszystkim o zadaniach, które stają przed prowincją, mówi się o projektach, o wyborach, których należy dokonać (czasami także tymi bolesnymi, związanymi z zamknieciem pewnych wspólnot). Kwestie personalne, jeżeli są poruszane, stanowią niejako konsekwencje, tego co ma wyznaczać kierunek i zadania na najbliższą przyszlość. Szuka się osób, które byłyby najodpowiedniejsze w odniesieniu do proponowanych celów. Jeżeli chodzi konkretnie o najbliższą kapitułę tutejszej prowincji to bracia w odpowiedziach na kwestionariusz ankiety wskazali następujące priorytety życia wspólnotowego:
1. Poprawa jakości życia wspólnotowego.
2. Duszpasterstwo powołaniowe
3. Formacja braci (tak początkowa, jak i stała)
4. Nowe formy ewangelizacji
5. Zwrócenie uwagi na środki mające na celu pomoc w rozwoju życia duchowego
6. Obecność braci w niektorych zadaniach Koscioła lokalnego.
W odniesienu do tych priorytetów zostały też nakreślone konkretne zadania nad realizacją których ma zastanowić się kapituła. Są to:
1. Nowy Zarząd Prowincji zostaje zobowiązany, aby przy pomocy dostepnych sobie środków, pomóc każdej wspólnocie w opracowaniu projektu życia braterskiego właściwego dla indywidualnych potrzeb wspólnoty, biorąc pod uwagę jej rzeczywiste zadania i jej konkretną specyfikę.
2. Ma zostać przygotowany specjalny program formacji gwardianów
3. Należy przygotować miejsce, które mogłoby pełnić rolę domu szkoły modlitwy (przynajmniej tydzień szkoły modlitwy w ciągu roku dla wszystkich zaangażowanych w działalność ewangelizacyjną;)
4. Każdy brat co 15 lat od złożenia profesji wieczystej, ma przerwać swoją normalną działalność na okres 6 miesięcy celem pogłebienia własnego życia duchowego i intelektualnego. Zarząd Prowincji ma za zadanie wskazać miejsca własciwe do przeżycia tego okresu.
Oczywiście, to co przedstawiłem powyżej, to jedynie skromny wycinek z materiałów, które otrzymują teraz bracia, przygotowujący się do Kapituły. Zawsze należy zawsze brać pod uwagę specyfikę każdej prowincji i bezkrytyczny zachwyt nigdy nie jest wskazany. Może jednak warto pójść po linii nauczania św. Pawła, który pisze: „Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie!” (1Tes 5,21).
Przedstawione powyżej plany, przed którymi staje tutejsza prowincja zakonna, pośrednio wskazują także na pewne bolączki nie tylko naszej franciszkańskiej obecności w Boliwii, ale także całego tutejszego Kościoła. Jest to Kościół, który do tej pory w znacznej mierze funkcjonuje w oparciu o pomoc przychodzącą z zewnatrz. I nie należy odczytywać tego tylko w kontekście pomocy materialnej, lecz przede wszystkim pomocy personalnej. Niestety liczba miejscowych powołań ciagle jest jeszcze znikoma i dodatkowo poważnym prolemem jest bardzo duża ilość odejść kapłańskich i zakonnych. Bez wątpięnia boliwijczycy są narodem głeboko religijnym. Religijność i duchowość są głęboko zakorzenione w ich sposobie postrzegania świata, stanowią o ich istocie i wpływają na codzienne decyzje. Praktycznie nie istnieje pojęcie ateizmu w świadomości biliwijczyka. Jednoczesnie jednak chrzescijaństwo i katolicyzm, które to jeszcze do 2009 roku według kanstytucyjnego zapisu był religią i wyznaniem państwowym tego kraju, z całą swoją doktryną i filozofią nie potrafiło w pełni z inkulturować się i wejść w dialog z miejscową kulturą. Zrodził sie pewien rodzaj synretyzmy, gdzie elementy chrześcijańskie współistnieją z elementami przejętymi z filozofii i kosmologii ludów andyjskich i amazońskich. Trzeba też podkreslić, że obecna władza i polityka rządu wzmacniają tożsamość językową, kulturową i obyczająwą rdzennych mieszkańcow. Wizja świata (kosmologia) andyjska i amazońska opiera się na pewnego rodzaju równowadze: isnieje dzień i noc, ziemia i niebo, mężczyzna i kobieta. Wszystko współistnieje we wzajemnej zależności i w harmonii. Naruszenie tego porządku jest poważnym przestępstem. Warto wspomnieć np. o andyjskim kulcie Pachamamy (Matki Ziemi). Ziemia jest świętoscią, gdyż rodzi życie. Dlatego też do tej pory w Boliwii praktykuje sie składanie ofiar w momencie, gdy zabiera się Ziemi możliwość wydawania plonów. Gdy byduje sie dom, i tym samym zabiera się Ziemi jej życiodajną moc, należy Pachamamie złożyć w ofierze przebłagalnej życie. Normalnie budując dom umieszcza sie w fundamentach domu ofiarę z płodu lamy. To zupełnie wystarczy gdy buduje się dom jednorodzinny, jednakże gdy budyje się wieżowiec lub inny tego typu duży budnek, ofiara musi być także o dużo większa. Jest to trudne do zrozumienia dla naszej mentalności, ale do dzisiaj praktykuje się, choć niezgodnie z tutejszym prawem, składanie ofiar z ludzi. Wmurowuje się w fundamenty żywych ludzi, najczęściej ubogich i bezdomnych, o których wie się, że nikt się nie upomni. Wiara w Pachamamę jest tak silna, że praktycznie robotnicy i murarze nie przystąpią do pracy, jeżeli nie upewnią się, że ofiara została złozona. Inną praktyką, która wydawać by się mogła, że jest trudna do pogodzenia z chrześcijaństwem jest kult szatana, który jednak nie nalezy utożsamiać z europejskim satanizmem. Gdy pierwsi misjonarze przybyli tutaj, wskazywali, zgodnie z ówczesną mentalnoscią, na podziemia jako na królestwo diabła. Dlatego te współcześni górnicy, pracujacy pod ziemią, aby chronić się przed zagrożeniami wynikającymi z niebezpieczeństwa pracy codziennie wchodząc do kopalnianych szybów, składają ofiary (najczęściej z liści koki) posągom, które wskazują jednoznacznie na diabła. Wszechobecny dualizm wzajemnie oddziaływujacych na siebie sił, które są dla siebie konieczne, wpływa bez wątpienia na trudność z przyjęciem zobowiązań wynikajacych z celibatu. Bezżeństwo jest praktycznie nie do pogodzenia z tutejszą koncepcją świata. Ewangelizacja, której dokonali hiszpanie, w znacznej mierze polegała na przekazaniu europejskich lub śródziemnomorskich modeli życia religijnego. Obecnie robi się bardzo dużo, aby mógł dokonać się pełny i właściwy proces inkulturacji chrześcijaństwa i jego wniknięcia w tutejszą kulturę. Oczywiście nie znaczy to, iż całkowicie brakuje tutaj miejscowych powołań. Mieszkam w klasztorze formacyjnym dla naszych franciszkańskich studentów teologii. Obecnie przebywa tutaj 11 kleryków i dodatkowo 7 studentów filozofii mieszka w Santa Cruz. Jak na jedną franciszkańską prowincję można powiedzieć, że jest ich sporo. Praktycznie tyle samo klaryków, co w mojej macierzystej prowincji w Krakowie (oczywiście tutaj jest tylko jedna prowincja, a w Polsce jest pięć, ale trzeba też wziąść pod uwagę, że wszystkich boliwijczyków jest niewiele ponad 8 milionów – ilość naszych franciszkańskich powołań jest więc porównywalna). Przebywając wśród nich niejednokrotnie (choć wiem, że jest to błędne) nie potrafię ustrzec się od pewnego rodzaju porównywania.
Ilość wykładów na Uniwersytecie na pewnonie jest tak duża jak w naszej Polskiej uczelnianej rzeczywistości. Od poniedziałku do piątku spędzają na uczelni tylko 4 godziny każdego dnia. Popołudnia do studium, praca fizyczna w ogrodzie i zajęcia w warsztatach artystycznych. Trzeba podziwiać ich zdolności manualne: wykonują przepiekne i typowo boliwijskie okładki na Pismo Święte i brewiarze, zajmują się rzeźbą, malartwem. Ponadto trzebawspomnieć o wrodzonych zdolnościach muzycznych. Patrząc na nich i słuchając jak grają ma się wrażenie, że przychodzą na świat z intrumentem muzycznym w ręku. Było dla nich wielkim zdziwieniem, że ja nie gram na jakimkolwiek instrumencie i że moje zdolności muzyczne są wątpliwe. Muzyka stanowi ich naturalny sposób komunikowania się. Dlatego też liturgia tutaj to bogactwo śpiewu i muzyki. Skrzypce, gitara, charango (typowo boliwijski intrument strunowy), harfa lub flet – to nieodłaczne elementy każdej celebracji. Kolejną pasją tutejszych kleryków, typową dla wszystkich latynosów, jest sport, a szczegolnie piłka nożna. Dwa razy w tygodniu spotykają sie obowiązkowo wszyscy klerycy na boisku. W Cochabambie są także rozgrywane każdego piatku stałe spotkania seminaryjnej ligii piłkarskiej. Jest to ich sposób integracji oraz wzajemnego poznawania się.Soboty natomiast to zajęcia i konkretna praca w ośrodkach dla najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących: wśród dzieci ulicy, w sierocińcach, w stołówkach dla ubogich. Dla mnie są to często nowe doświadczenia i nowe wyzwania. Obecny czas to przede wszystkim intensywna nauka i pogłebianie znajomosci języka hiszpańskiego. Wspólnota domu i klerycy stanowią wyzwanie i są nieocenioną pomocą w codziennym doskonaleniu językowym. Ponadto, lub przede wszystkim, uczesniczę w regularnym sześciotygodniowym kursie języka hiszpańskiego organizowanym przez Centrum Misyjne Księży Maryknoll ze Stanów Zjednoczonych. W tym samym Centrum uczestniczę w zajęciach z misjologii i poznaję miejscową kulturę. Wszystko, aby lepiej móc pracować w tutejszych warunkach. Centrum to wyspecjalizowało się w przygotowywaniu osób, misjonarzy i wolontariuszy, którzy pragną poswięcić sie pracy wśród mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Bardzo budującym jest fakt, że większość studentów stanowią obecnie ludzie świeccy. Są to najczęściej osoby bardzo młode, pochodzące ze Stanów Zjednoczonych lub z bogatych krajów Europy Zachodniej. Jest czymś wspaniałym i budujacym patrzeć jak zmienia się oblicze współczesnego Kościoła Misyjnego. W Cochabamba spotkałem także kilku naszych rodaków pracujących na misjach. Wspomnę o. Dariusza Mazurka, współbrata z krakowskiej prowincji Franciszkanów Konwentualnych, który jest dziekanem Wydziału Teologii Pastoralnej Uniwersytetu Katolickiego w Cochabamba oraz gwardianem wspólnoty zakonnej w Quintanilla. W Polsce jest dostępna jego praca doktorska: Bóg o indiańskim obliczu, będąca owocem jego poszukiwań i badań naukowych na tym terenie. Znajomość z nim zaowocowała, że zostałem praktycznie już zaangażowany z zajęciami na tutejszym uniwersytecie katolickim. Miałbym rozpocząć wykłady od najbliższego roku akademickiego. Oczywiście muszę jeszcze uzgodnić to i omówić z biskupem Antonim w Concepcion, biorąc pod uwagę przede wszystkim realne możliwosci pogodzenia wszystkich obowiązków. Wspomne także, że tutejszy prowincjał pragnie stworzyć Centrum Studiów Franciszkańskich, afiliowane do naszego Uniwersytetu Antonianum w Rzymie i także pragnie zaangażować mnie w ten projekt. Pracy więc i możliwosci rozwoju na pewno nie będzie mi brakować. Jeżeli natomiast chodzi o moje obecne zaangażowanie naukowe, to rozpocząłem pracę na tlumaczeniem ciekawych opracowanań na temat rytów i obrzędów religijnych ludów Aymara. Jest to o tyle ciekawe, że są to opracowania napisane przez rdzennych indian i nie ma jeszcze na polskich rynku podobnych publikacji, a dodatkowo pokrywa się z całym moim przygotowaniem liturgicznym. Nie ukrywam, że znalazlem już wydawcę – i to bardzo poważnego na polskim rynku – który jest zainteresowany wydaniem podobnej publikacji drukiem. W Cochabamba spotkałem takżę siostrę Marię ze Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo. W Boliwii pracuje już od 1983 roku i obecnie zajmuje się dziećmi w jednym z tutejszych sierocińców. Wraz z kilkoma pracownikami oraz woluntariuszami ma pod opieką ponad 140 dzieci w wieku od 0 do 5 lat. Kilka razy odwiedziłem jej ośrodek. Dzieci porzucone, znalezione na śmietnikach, molestowane – smutna i tragiczna rzeczywistość tego kraju. Serce łamie się i krzyczy z bólu, gdy spotyka się z tutejszym ubóstwem, z pokiereszowaną psychiką i ciałem tych niewinnych stworzeń. Chrystus nadal cierpi w ciele tych niewinnych istot. Siostra opowiadała, że co kilkanaście dni policja przychodzi z jakimś znalezionym na śmietniku dzieckiem, porzuconym przy rzecze (chłopczykow, którzy znalezieni są przy rzecze nadaje sie imię Mojżesz) lub z ofiarami przestępstw domowych. Obecnie znajdują dom, brakuje jednak personelu, ktory mógłby lepiej zająć się tymi dziećmi. Praktycznie jedna osoba ma pod opieką 20 maluchów, które musi nakarmić, przebrać, umyć, bawić się z nimi. Na szczęście i tutaj pojawiają sie woluntariusze. Ponadto zostałem już w pełni zaangażowany w pracę duszpasterską w tutejszej wspólnocie. P. Carlos, tutejszy gwardian, na skutek poważnej choroby krtani stracił głos i, chcąc - nie chcąc, musiałem czynnie włączyć się w działalność duszpasterską. Zostały powierzone mojej opiece siostry klaryski i mam za zadanie codziennie przewodniczyć Eucharystii w ich wspólnocie. Tak więc każdego ranka o godz. 6.30 rano sprawuję dla nich Mszę Świetą, a ponieważ tutaj w czasie każdej mszy świetej głosi się krótką homilię, mobilizuje mnie to do intensywniejszej pracy nad poprawnoscią hiszpańskiego. Ostatnie dni to czas Triduum Paschalnego. Po raz pierwszy przeżywałem je w całkowicie odmiennym klimacie i rzeczywistości. W obrzedowości i w tradycjach ludowych czas ten w niczym nie przypomina Triduum Paschalnego w Polsce. Już pierwszym znakiem tej odmienności kulturowej jest obrzęd czyszczenia butów przed drzwiami katedry dokonywany przed miejscowego biskupa. Stanowiska pucybutów to nieodłaczny krajobraz miasta. W Wielki Czwartek, po mszy krzyżma, biskup zajmuje miejsce przy jednym z takich stanowisk, usytuowanym przed bramą katedry i czyści buty przechodniom. Natomiast po liturgii Mszy Wieczerzy Pańskiej miasto przybiera całkowicie odmnienny wygląd. W nocy wierni mają zwyczaj odwiedzać świątynie, aby modlić się przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie. Według tutejszej obrzędowości należy odwiedzić siedem światyń. Jednocześnie miasto zamienia się w wielki świąteczny kiermasz. Na ulicach rozkladane są stoły, gotowane są i podawane przeróżne potrawy, nie brakuje także dobrego wina. Ludzie wędrują od kościoła do kościoła zatrzymując się jednocześnie przy tych prowizorycznych barach i restauracjach. A ponieważ w każdym kościele można spotkać znajomego, z którym wypadałoby zamienić kilka słów i wypić szklaneczkę wina, nie muszę wspominać o efekcie jaki może wywołać to pobożne pielgrzymowanie. Nie przeszkadza to jednak w niczym, aby nad ranem w Wielki Piątek wszyscy staneli do rozpamiętywania Męki Pańskiej. W naszym franciszkańskim kościele Droga Krzyżowa, która celebrowana jest ulicami miasta, rozpoczyna się o godzinie 4 nad ranem. Młodzież wyrusza procesyjnie niosąc figurę św. Jana Apostoła. Kobiety wyruszają z figurą Matki Bożej Bolesnej. Natomiast mężczyżni odprawiają Drogę Krzyżową niosąc figurę Chrystusa dzwigającego drzewo krzyża. W tym samym czasie miejscowy biskup odprawia wraz z inną grupą wiernych Drogę Krzyżową wspinając się na okalające miasto wzgorze, na którego szczycie znajduje sie monumentalna figura Cristo de la Concordia. Wielki Piątek to dzień procesji i największe święto całego Triduum. W godzinach wieczornych wychodzą procesje z figurami Chrystusa Ukrzyzowanego i złożonego do grobu. Natomiast w sobotę wszystko wraca już do normalnego rytmu. Niedziela Zmartwychwstania nie odbiega niczym od pozostałych niedziel roku. Poniedzialek Wielkanocny jest natomiast normalnym dniem pracy. Nie znaczy to oczywiście, że w kościołach nie sprawuje sie normalnych celebracji liturgicznych związanych z Triduum Paschalnym. Jak już wspomniałem wyżej, zostałem tymczasowo oddelegowany, aby przewodniczyć liturgii w kościele sióstr klarysek. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie wielkanocny paschał w tej prostej i ubogiej światyni. Ręcznie malowany, bogaty, przygotowany specjalny na ten rok, gdyż każdego roku przygotowuje się inny. Jakże dalekie jest to od pełnych tandety paschałów z plastikowej rury używanych gdzieniegdzie w Polskich kościołach. Zresztą tutaj praktycznie każda wspólnota pragnie zaimponować
drugiej bogactwem Wielkanocnej Świecy i artyści malarze prześcigają się wzajemnie w dekorowaniu i malowaniu wizerunków. Kolejny raz moglem przekonać się o zdolnościach artystycznych tutejszych mieszkańców.
Moje najbliższe plany.
Na najliższą niedzielę jestem zaproszony do wspólnoty Braci Mniejszych Konwentualnych, którzy sprawują opiekę nad miejscowym sanktuarium Pana Jezusa Miłosiernego. Natomiast w niedzielę 8 maja spotykamy się w gronie wszystkich Polaków, pracujących tutaj, aby wyrazić wdzięczność za dar beatyfikacji Jana Pawła II. Po tej niedzieli wracam do Concepcion i do tropiku, aby tam rozpocząć moją posługę.
Wszystkim Wam, Drodzy Współbracia i Przyjaciele życzę radosnego przeżywania czasu paschalnego. I niech dodaje nam sił i niech nas wspiera Ten, który tak często powtarzał: Nie lekajcie się.