„Bo wszystko jedno, czy ptak będzie uwiązany tylko cienką nitką czy grubą, bo jedna i druga go krępuje; dopóki nie zerwie jednej czy drugiej, nie będzie mógł wzlecieć swobodny. Wprawdzie cieńszą nić łatwiej jest zerwać, lecz choćby było łatwo, dopóki jej nie zerwie, nie wzleci. Tak jest i z duszą lgnącą do jakiejś rzeczy; choćby nawet była bardzo zasobna w cnotę, nie dojdzie jednak do swobody zjednoczenia z Bogiem.”
(Św. Jan od Krzyża, Droga na Górę Karmel)
Santa Cruz – Concepción, styczeń 2012
Drodzy Współbracia i Przyjaciele
Styczeń. Wkrótce minie rok od dnia mojego przyjazdu do Boliwii. Za mną też pierwsze święta Bożego Narodzenia przeżyte na południowej półkuli. Zabrakło świerka i zapachu wigilijnych potraw – ale tego brakowało także w czasie świąt przeżywanych we Włoszech. Doszedł jednak nowy element tak odległy od atmosfery rodzimych świąt. Jakże trudno przychodzi bowiem zrozumieć te święta i to, że Jezus malusieńki płacze z zimna, bo nie dała mu Matula sukienki, gdy obchodzone są one na początku atronomicznego lata, w prażącym słońcu tropiku. Za to wpatrując się w tutejsze zabudowania o wiele łatwiej doświadczyć ubóstwa Bożego Wcielenia: tego, że leży wśród stajenki, a Anioł wzywa nas, abyśmy skierowali swe kroki do szopy, bo tam cud.
Same święta poprzedzone są tutaj bardzo pięknym zwyczajem zwanym Posada (gospoda). Jest to zwyczaj odwołujący się do ewangelicznego poszukiwania gospody przez Józefa i Maryję w Betlejem. Każdego wieczoru po Mszy świętej, w czasie dziewięciodniowej nowenny przed Uroczystością Bożego Narodzenie, procesyjny orszak złożony głównie z dzieci, udaje się z figurą Matki Najświętszej i świętego Józefa w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby narodzić się Jezus. Orszak zatrzymuje się przed wcześniej ustalonym domem, gdzie Józef zwraca się z prośbą do gospodarza o udzielenie gościny. Dialog prowadzony jest w formie przyśpiewek o bardzo prostej linii melodycznej i prostych słowach. Na zewnątrz domostwa Józef prosi o nocleg, natomiast z wewnątrz słychać negatywną odpowiedź. Śpiewane są w sumie cztery zwrotki przyśpiewki (dwie prośby i dwie odmowy).
Na zewnątrz: W imię Najwyższego |
Wewnątrz: To nie żaden zajazd |
Na zewnątrz: Nie bądź tak nieludzki |
Wewnątrz: Idźcie wy już sobie |
Procesja następnie udaje się w dalszą drogę i w kolejnym miejscu powtarza się ta sama scena: śpiewane są kolejne zwrotki piosenki i słyszy sie kolejne słowa odmowy. W ten sposób wszyscy przybywają do trzeciego domostwa, gdzie Święta Rodzina zostaje uroczyście przyjęta. Figurki Maryi i Józefa zostają na noc u przyj-mujących gospodarzy – co jest znakiem błogosławieństwa dla domu. Gospodarze ponadto zobowiązani są obdarować wszystkie dzieci cukierkami lub drobnymi łakociami.
Wejdźcie święci pielgrzymowie, pielgrzymowie,
w moje skromne progi,
Choć uboga ta gościna, ta gościna.
To serce Wam dam.
I śpiewajmy w radości, z radością,
i niech wszyscy wiedzą to,
Że Jezus, Józef i Maryja, i Maryja
Z łaską swą nawiedzili mnie.
W tutejszej latynoskiej rzeczywistości jest to zwyczaj bardzo żywy i chętnych do przyjęcia Józefa i Matki Najświętszej nigdy nie brakuje. Dzieci z ogromną radością uczestniczą w takich procesjach, gdyż zawsze na końcu spodziewają się otrzymać kilka cukierków lub innych łakoci. Oczywiście ofiarowujący gościnę mają obowiązek przyjść następnego dnia do kościoła, aby przekazać kolejnej rodzinie figury. Czasami – szczególnie w ostatni dzień, przed wigilią – żywe osoby przebierają się za Maryję i Józefa - jakiś osiołek też się znajdzie - i to oni szukają gościny.
Zwyczaj ten ma ponadto wymiar katechezy. Przypomina o okolicznosciach przyjścia Jezusa na świat. Wskazuje na odwieczne Słowo Ojca, które przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. (J 1, 18).
W rzeczywistości zbawczej wydarzenia z historii nabierają wymiary ponadczasowego i stają się wydarzeniami, które aktualizują się i dokonują także w odwiecznym „teraz” (teologiczne hodie). To co latynoski zwyczaj posady ukazuje staje się rzeczywistością wciąż żywą, wykraczającą znacznie ponad teatralne przedstawienie. Także nasz świat odrzuca przychodzącego Zbawiciela. Z wielkim zaciekawieniem przeczytałem list kardynała Kazimierza Nycza skierowany do kapłanów na Adwent 2011 r. Trudno nie zgodzić się z oceną sytuacji Kościoła w Polsce oraz wyciagnietymi wnioskami: Jesteśmy świadkami zmian, jakie dokonują się w świecie, Europie i Polsce.... Dla Kościoła zatem wyrosło niezauważalnie nowe, wielkie wyzwanie ewangelizacyjne. Pojawił się poważny problem tych, którzy przyjęli Chrzest św., czasem – bierzmowanie, ale odeszli od Chrystusa, Kościoła i religijnych praktyk. Ten proces odchodzenia dokonuje się w całym kraju, a zwłaszcza w dużych miastach. Wydaje się, że zbyt długo myśleliśmy o tym, że dom Kościoła skupia 95% Polaków. Stąd nadal do wszystkich próbujemy iść z propozycjami duszpasterskimi, w miarę możliwości, jednakowymi dla wszystkich. Tymczasem znaczna część naszego społeczeństwa potrzebuje pierwszej ewangelizacji, jak mówią ostatni papieże, nowej ewangelizacji. Jest to zadanie trudne i stawiające wobec kapłanów nowe wymagania. Nasze pokolenie kapłańskie, zostało, jak się wydaje, dobrze przygotowane do pracy duszpasterskiej, gorzej natomiast do ewangelizacji, czyli pozyskiwania zagubionych dla Chrystusa.
Jakże trafne i słuszne uwagi. Proces laicyzacji i sekularyzacji, w skutek którego opustoszały kościoły na Zachodzie Europy, nie ominął także i naszego kraju. Bez wątpienia coś szwankuje w wypracowanych modelach naszej pracy i apostolskiego zaangażowania. Dlaczego Chrystus pukający dziś do człowieczego serca jest nieprzyjmowany lub niezauważany?
W oparciu o moje osobiste doświadczenie wynikające z kilkuletniego okresu pracy we Włoszech oraz późniejszego trzyletniego pobytu i pracy duszpasterskiej w Warszawie, uważam że Polska i polski katolicyzm pójdzie inną drogą niż miało to miejsce na Zachodzie Europy. Kościół w naszym kraju posiada własną specyfikę wynikającą z różnorodnych czynników, co jednak nie znaczy, że nie powinnyśmy czerpać z doświadczeń i uczyć się z błędów oraz z sukcesów innych krajów Starego Kontynentu. Przede wszystkim bardzo daleki jestem od upatrywania źródła laicyzacji Europy i odchodzenia wiernych od Kościoła w dziele reform Soboru Watykańskiego II. Niestety niektóre środowiska związane z grupami tzw. tradycjonalistów właśnie Sobór próbują obarczyć winą, za dzisiejszy stan religijności w Europie. Coraz śmielej podnoszą się głosy bardzo negatywnie oceniające pontyfikaty Pawła VI i Jana Pawła II. W tych dniach otrzymałem na przykład zaproszenie na konferencję Sobór Watykański II - śmierć zachodniej kultury ks. Jana Jenkinsa z Bractwa Piusa X, która ma się odbyć w gmachu Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie i która jest przykładem tez stawianych przez wspomniane grupy. Środowiska tradycjonalistów jak gdyby ignorowały fakt, że proces laicyzacji rozpoczął się o wiele wcześniej niż zaczęto myśleć o zwołaniu Soboru i najsilniej dotknął on kraje, gdzie Kościół był utożsamiany z ośrodkami władzy i cieszył się uprzywilejowaną pozycją. Laicyzacja była formą buntu wobec takiej pozycji Kościoła. We Francji laicyzacja trwa od czasów Rewolucji Francuskiej. We Włoszech wpływy partii komunistycznech są najsilniejsze w regionach, które wchodziły w skład dawnego Państwa Kościelnego (Emilia Romagna, Umbria); w Hiszpanii zapateryzm rozwinął się bardzo prężnie dzięki skutecznym zabiegom propagandowym wskazującym na poparcie Kościoła dla reżimu generała Franco. Na laicyzację Irlandii natomiast bezdyskusyjnie miały wpływ skandale i antyświadectwo ludzi Kościoła.
W Polsce nigdy nie było tak silnego przymierza ołtarza i tronu. Wręcz przeciwnie Kościół stał najczęściej po stronie poddanego. Także – poza sporadycznymi przypadkami – nie zanotowano poważniejszych nadużyć w sferze życia moralnego. Nie znaczy to jednak, że wszystko było i jest nieskazitelne i piękne. W ciągle ubożejącym społeczeństwie, przy jednoczesnym rozwarstwieniu społecznym, nie zostanie nam wybaczone życie ponad stan oraz nadmierne przywiązanie do dóbr materialnych. Myślę, że właśnie ten aspekt jest najbardziej gorszącym i ma wpływ na słuszny bunt wiernych wobec negatywnych zjawisk w Kościele.
Nie oceniam źle aktualnego stanu Kościoła w Polsce. Osobiście znam wielu duchownych i świeckich pragnących autentycznie żyć według wymagań Ewangelii. Prężnie rozwijają się ośrodki rekolekcyjne, gdzie ludzie szukają odpowiedniego pokarmu dla duszy. Wiele rodzin dobrowolnie rezygnuje z używania telewizora, gdyż pragnie w pełni cieszyć się wartościami życia domowego. Nie jest to jednak już katolicyzm masy lecz raczej świadomego i dojrzałego wyboru. Z pomocą Kościołowi instytucjonalnemu przyjdzie ekonomia, gdyż to właśnie ci dojrzali ludzie Kościoła będą go utrzymywać. Oni nie dadzą już bezmyślnie złotówki, tylko dlatego że o nią prosi ksiądz lub zakonnik. Nie pozwolą, aby ich pieniądze były marnotrawione na luksusowe dobra i życie ponad stan, jednakże z chęcia złożą ofiarę na ośrodki, które będą promieniować świętością. Być może właśnie ekonomia przyczyni się do oczyszczenia Kościoła. Używając współczesnej i modnej terminologii: w świecie twardych i bezględnych praw gospodarki niektórzy z nas po prostu nie utrzymają się na rynku.
To oczyszczenie zresztą już się dokonuje i potwierdza to zmniejszająca się ilość powołań kapłańskich i zakonnych. Gdy bycie księdzem wiązało się ze społe-cznym i materialnym awansem, niektórzy wybierali ten stan nie zawsze z czysto religijnych pobudek. Ktoś inny zagubił się po drodze i mimo szlachetnych intecji i prawdziwego powołania, w późniejszym okresie wpadał w pułapkę wygodnego ustawienia się w Kościele. Osoby te stawały się antyświadectwem i rzucały złe światło na całą rzeszę tych, którzy bezgranicznie poświęcali się służbie Bogu i bliźniemu.
Dzisiaj Kościół już nie jest tak atrakcyjny, co wpłynie na ilość, ale także na jakość osób wybierających drogę życia kapłańskiego lub zakonnego. Oczywiście pojawią się nowe problemy i wyzwania formacyjne mające swe żródło w kulturze obecnego czasu: braki odpowiedniej dojrzałości emocjonalnej wśród kandydatów, ich słabsza kondycja psychiczna, itp. Pracuję obecnie na misjach i także tutaj obserwujemy spadek liczby nowo przyjeźdzających misjonarzy oraz stosunkowo duży odsetek tych, którzy wracają do kraju zaledwie po kilku tygodniach lub miesiącach pobytu na obczyźnie. Jest to zjawisko złożone i wiele czynników ma wpływ na obecną sytuację.
Kilka wieków temu misjonarz wyjeźdzał do odległego kraju praktycznie bez możliwości powrotu. Kierował się bardzo silnymi motywywami religijnymi: chciał nawrócić jak największą ilość pogan. Wierzył w moc sakramentów, ale także w to, że osoby nieochrzczone czeka wieczne potępienie. Ówczesny świat był mniej skomplikowany. Rządził nim Bóg, który obiecywał raj dla wiernych sług swoich. Ta wizja świata pomagała przetrwać kryzysy i chwile słabości. W późniejszym okresie czynnik religijny nie był już być może tak wyrazisty, ale pojawił sie element poznawczy. Wyobraźmy sobie wyjeźdzających na misje z Polski w latach 70-tych ubiegłego wieku. Praktycznie była to dla nich jedyna forma, aby zobaczyć inną i odległą rzeczywistość. Opuszczali kraj komunistycznej szarości, pustych półek sklepowych i pilnie strzeżonych granic. Otwierali się natomiast na nową, fascynującą rzeczywistość. Byli to jednocześnie ludzie o dość silnej kondycji psychicznej, zaprawieni w trudach walki w codziennej egzystencji. Dlatego potrafili znieść długie lata rozłąki (urlopy co 6 lat), brak możliwości komunikacyjnych z najbliższymi, samotność.
Dzisiaj sytuacja jest zdecydowanie inna. Istnieją szerokie możliwości wyjazdów i niekoniecznie trzeba porzucać kraj na długie lata, aby poznać egzotyczną rzeczywistość. Zmieniły się także koncepcje teologiczne i perspektywa zbawienia nie zamyka sie tylko do kręgu osób ochrzczonych lub przynależących do Kościoła katolickiego. To wszystko ma wpływ na zmiejszającą sie liczbę tych, którzy pragną poświęcić się misyjnemu dziełu. Łatwo zauważyć także słabszą kondycję psychiczną młodego pokolenia, które często nie potrafi sprostać wymaganiom wynikającym z misyjnego powołania. Dla wielu, pomimo ogólnej dostepności środków komunikacyjnych, trudno odciąć duchową pępowinę łączącą ich ze środowiskiem pochodzenia. Sam siebie określam jako osobę dwóch epok: dzieciństwo i wczesna młodość przypadły na schyłkowy czas komunistycznej pustki, natomiast dojrzałość to okres intensywnych zmian politycznych i światopoglądowych. Jest coś we mnie z wytrzymałości i zaparcia osób wyrosłych w poprzednim systemie, ale także jakaś psychiczna słabość i wątpliwości, charakterystyczne dla młodszego pokolenia.
Dokonując refleksji nad stanem Kościoła i analizując aspekty socjologiczne, nie można jednak nigdy zapomnieć, że jest On zbudowany na trwałym fundamencie, którym jest Chrystus. Jest w nim obecny Duch Świety, który pragnie obdarzać nas obfitością swych darów. Istnieje pewna zależność potwierdzająca prawdę, że cnoty zawsze współistnieją ze sobą, a charyzmaty współtworzą harmonijną całość. Niektóre instytuty lub prowincje zakonne działają dziś bardzo prężnie. Działalność charytatywna (kuchnie dla ubogich, świetlice, itp), działalność naukowa (ilość samodzielnych pracowników naukowych), zaangażowanie na rzecz misji i osiągnięcia pastoralne współtworzą w tych wspólnotach organiczną całość. Obserwując te osiągnięcia rodzi się wtedy we mnie uczucie zdrowej zazdrości i jednocześnie zastanawiam się nad słabościami i kryzysami innych podobnych wspólnot: gdzie praca z ubogimi została zaniedbana, brakuje większych osiągnięć na polu naukowym, brakuje powołań misyjnych, a poziom duszpasterki także nie jest zbyt wysoki.
Na pewno wiele czynników ma wpływ na sytuacje kryzysowe. Mówi się dużo o kryzysie wiary. Być może zapomnieliśmy o tym, że świętość jest powszechnym powołaniem wszystkich chrześcijan, a nie tylko zadaniem dla wybranych. W konsekwencji nie potrafimy już iść z życiem vabank i postawić wszystko na jedną kartę. Mówimy dużo o świętości Jana Pawła II lub Matki Teresy, a za mało sami staramy się wspinać na szczyty doskonałości. Podziwiamy Kolumba i innych wielkich ludzi historii, a sami jakośc nie mamy odwagi dać się porwać i realizować swoje sny i marzenia.
Innym czynnikiem powodującym kryzys jest zjawisko określane w naszym środowisku zakonnym mianem prowincjonalizmu, czyli zamknięcia się w struk-turach własnej prowincji, co w konsekwencji prowadzi do indywidualizmu. Otwarcie się na świat zewnętrzy i na drugą osobę, tak w wymiarze indywidualnym jak i wspólnotowym, poszerza horyzonty i wzbogaca o nowe doświadczenia. Źle pojęta samowystarczalność jest natomiast drogą prowadzącą w kierunku powolnej śmierci. Plemiona lub szczepy hermetycznie zamknięte na świat zewnetrzny obumierają; grupy etniczne, które rygorystycznie dbają o czystość rasy i zamykają się na przedstawicieli innych społeczności, giną na skutek wad genetycznych. Krew musi być mieszana i to samo dotyczy świata myśli i idei. Jako wspólnoty i prowincje musimy otwierać się na inne rzeczywistości zakonne i eklezjalne. Język polski z pewnością nie ułatwia kontaktów z przedstawicielami innych narodowości i kultur. Jednocześnie jednak jest to nasza szansa, gdyż nauka języka obcego łączy się z drogą pokory. Człowiek na nowo uczy się słuchać i nie startuje z pozycji wszystko wiedzącego. Jako zakonnicy jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji. Nasze domy rozsiane są na wszystkich długościach i szerokościach geograficznych. Trzeba jedynie tylko chcieć i umieć korzystać z tego dobrodziejstwa.
Pokora. Mówi się, że grzech pierworodny jest grzechem pychy. Jest dużo prawdy w tym stwierdzenia, gdyż w każdym z nas istnieje wrodzone przeświadczenie o tym, że nasz punkt widzenia jest tym najwłaściwszym. Często podświadomie uwierzyliśmy w nasze wybranie i w posiadanie gotowych rozwiązań na skomplikowane sytuacje i trudności. Tajemnica powołania łączy się jednak zawsze z wyborem, który przychodzi z zewnątrz i z oporem tego, który został wybrany. W społecznościach, które pragną budować na Bogu, człowiek nie ma prawa sam siebie ogłaszać nauczycielem, mistrzem, wodzem, przełożonym... Należy z dużą rezerwą podchodzić do osób, które nagle zaczynają twierdzić, że oto mają odpowiednie kwalifikacje, aby rządzić lub też mają odpowiednią wiedzę, aby reformować.
Z dużą rezerwą należałoby zresztą podejść do wszelkich rozwiązać, które wydają się być łatwe i natychmiastowe. Lubimy takie rozwiązania i sam niejednokrotnie wolałbym znaleźć „cudowną pastylkę” uzdrawiającą wszelkie moje braki i niedoskonałości. Droga chrześcijańska to jednak droga krzyża, codziennego zmagania się z samym sobą i z przygniatającą nas rzeczywistością. Jest to droga ascezy, wyrzeczenia i wytrwałej modlitwy. Mnie osobiście bardzo dużo kosztuje ta ciągłość pracy i dlatego tak często popadam w te same stare nawyki i przyzwyczajenia. Nie ma jednak innej możliwości jak ta, którą wskazał Chrystus: Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech mnie naśladuje (por. Łk 9, 23). Dlatego też z ostrożnością patrzę na wszelkiego rodzaju msze obiecujące natychmiastowe uzdrowienia duchowe lub fizyczne oraz na tych, którzy nagle poczuli w sobie «moc» i stali się punktem odniesienia dla wielu osób szukających pomocy w sytuacjach często - po ludzku - beznadziejnych. Nigdy dogłębnie nie zajmowałem się teologią cudu i nadzwyczajnych znaków; dlatego trudno ustosunkowywać mi się jednoznacznie do podobnych zjawisk. Na podstawie jednak ogólnej wiedzy teologicznej przyjmuję zjawiska te jako nadzwyczajną formę działania Bożego, mające na celu potwierdzenie wiarygodności głoszonego przesłania. Gdy cuda zaczynają sie mnożyć i jest ich zbyt wiele, należałoby na to zjawisko patrzeć z dużą ostrożnością i – nie lubię tego słowa, ale w tym kontekście go użyję - podejrzliwością. To już nie jest potwierdzenie orędzia, a jakaś rutyna, cel sam w sobie. Pan Jezus mógł w czasie lat publicznej działalnosci wskrzesić wszystkich zmarłych, uzdrowić wszystkich chorych, przywrócić wzrok wszystkim niewidomych, wybrał jednak tylko niektórych, aby dać świadectwo o prawdziwości przepowiadanego przez siebie słowa.
Pisząc o tkwiącym w każdym z nas pragnieniu znalezienia natychmiastowych rozwiązań świadomie unikałem użycia przymiotnika określającego te rozwiązania jako proste. W obliczu naszych trudności Bóg oferuje bowiem najczęściej rozwiązania bardzo proste, co jednak nie znaczy, że są one łatwe i natychmiastowe. Jest to jak z praktyką modlitwy. Ta najgłębsza i najbardziej autentyczna jest jednocześnie bardzo prosta. Równocześnie jednak wymaga ona ogromnej systema-tyczności, wierności w codziennej praktyce, samozaparcia.
Pragnienie szukania łatwych rozwiązań jest jednak zjawiskiem powszechnym i dotyczy także kwesti wiary. Ludzie chcieliby mieć matematyczna pewność dotyczącą zbawienia, stąd też często pojawiają się nostalgiczne tendencje nawołujące do powrotu do określonych form religijności, gdzie doktryna wykładana była w sposób jednoznaczny. Nie ulega wątpliwości, że istnieje dzisiaj zdecydowanie za duży bałagan w sposobie przedstawiania prawd wiary i wierzący mogą czuć się zdezorientowani. Nie próbujmy jednak całości zagadnienia zamknąć w sztywne ramy naszego myślenia i otwórzmy się na piękno Bożej Tajemnicy. Zbawienie jest darem, które nie przysługuje nam z mocy prawa jako konsekwencja dobrze wykonanych czynności, odmówionych modlitw lub uczestnictwa w okre-ślonych nabożeństwach. W Ameryce Łacińskiej Kościół traci bardzo dużo wiernych, którzy przechodzą do sekt. Ich popularność związana jest z zero jedynkową formą religijnego przekazu: zrobisz to – pójdziesz do nieba, jeżeli nie, czeka cię wieczne potępienie. Kościół katolicki pragnie jednak naszej dojrzałości w wierze i uczy nas tego, abyśmy świadomie i w wolności dziecka Bożego potrafili wybrać prawdziwe Dobro.
Wspominając o bardzo prężnie rozwijajacych się sektach na terenie Ameryki Południowej warto przy okazji wskazać na polityczne źródła tego zjawiska. Rozwój sekt na tym terenie finansowany był przez rządy Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim przez gabinet Ronalda Reagana, który w ten sposób chciał rozbić jedność tutejszej ludności. Jak pamiętamy lata osiemdziesiąte XX wieku były czasem zimnej wojny i Ameryka Łacińska stała się areną krwawych konfliktów zbrojnych, gdzie prawicowe dyktatury wspierane przez rządy Stanów Zjednoczonych walczyły z bojówkami i partyzantkami wspieranymi przez Związek Radziecki. Rażąca niesprawiedliwość społeczna, której nie można nie kwestionować, stawała się narzędziem ideologicznej propagandy grup lewicowych. Siła społeczeństwa tkwiła w jego jedności o której decydowała wspólna religia i przywiązanie do Kościoła katolickiego. Aby rozbić tą jedność Stany Zjednoczone posłużyły się starożytną zasadą Divide et impera (dziel i rządź) finansując działalność protestanckich sekt.
Także i tym razem łatwo popaść w uogólnienia i stereotypy rzucając terminami takimi jak marksizm, teologia wyzwolenia, guerillas itd. Z tutejszej perspektywy sprawy nieco się komplikują. Komunistyczna ideologia nigdy nie była rozwiązaniem, czego boleśnie doświadczyliśmy. Tutejsza ziemia krzyczy jednak o sprawiedliwość i domaga się rozwiązania skomplikowanych kwestii dotyczących wyzysku społecznego. Sektom tymczasem udało sie skutecznie rozbić jedność społeczną i eklezjalną, i stanowią one obecnie bardzo poważne wyzwanie duszpasterskie.
W gąszczu pytań i problemów przed którymi stajemy nie ulegajmy więc pokusie natychmiastowych odpowiedzi. Droga ewangeliczna nie jest bowiem drogą łatwych wyborów. Praca, wytrwała modlitwa, lektura, studium od zawsze charakteryzowały życie osób, które pragnęły szczerze szukać Boga. Nikogo nie zbawi nauka, co więcej, odseparowana od modlitwy może prowadzić do pychy; zjawisko częste i prowadzące do życiowych dramatów o czym przypominają nam ostatnie spektakularne odejścia kilku księży profesorów. Istnieje jednak także poważne niebezpieczeństwo infantylizmu religijnego, kórego nie należy utożsamiać z ewangeliczną prostotą. Ewagriusz z Pontu wyrażnie wskazał na współzależność moditwy i teologii - Jeśli jesteś teologiem – prawdziwie się modlisz. Jeśli prawdziwie się modlisz – jesteś teologiem.
Znamienne jest, że Prawo Starego Testamentu zawarte w 10 przykazaniach zostało w Nowym Przymierzu zredukowane do jednego przykazania miłości Boga i bliźniego. A miłości nie można zamknąć w sztywnych schematach i
jednobrzmiących odpowiedziach. W pewnej sytuacji miłość nakaże milczeć, w innej natomiast z obliguje do tego, aby podnieść głos i głośno krzyczeć. Ewangelia nie mówi także nic o religijnych przepisach, których wypełnienie same z siebie gwarantowałby pójście do nieba. My jednak mamy myślenie jurydyczne, a to znaczy, że gdzieś w głębi myślimy, że zbawia nas prawo. Nie bez powodu św. Paweł przypominał, że prawo jest dowodem, że jesteśmy „w śmierci”, gdyż ono nie zbawia. Zbawia miłosierny Bóg.
„Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli” (Gal 5,1). Naszym zadaniem jako duchownych jest uczyć czym jest wolność dziecka Bożego i nie jest to łatwe zadanie. Naszym zadaniem jest uczyć także dojrzałości chrześcijańskiej, którą trudno pogodzić z naiwnym postrzeganiem wiary. Ludziom potrzeba dzisiaj mądrych przewodników; nie tych, którzy prowadzą za rękę, ale będących światłem dla innych.
Każdy z nas posiada doświadczenie i wie czym jest miłość. Bardzo trudno przychodzi nam ją zdefiniować lub opisać, jednakże doświadczając jej odkrywamy w sobie autentyczny pierwowzór na obraz Którego zostaliśmy stworzeni. W miłości człowiek jest najpełniej sobą, gdyż jest także najbliżej Boga. Przeżywane ostatnio święta Bożego Narodzenia uwraźliwiły mnie na głębszą rzeczywistość tych dni. Kiedyś myślałem, że takie dni jak Boże Narodzenie lub inne świeta to chwila ucieczki od prawdziwego życia, które rozgrywa się w ciągu powszednich dni naszej egzystencji. Teraz jestem przekonany, że właśnie w takie dni jak Wigilia jesteśmy najpełniej sobą, gdyż potrafimy wznieść się ponad przyziemne sprawy. W naszej codzienności prowadzimy niekończące się spory i kłótnie, które nie mają najmniejszego sensu. Walczymy o pozycję, gdyż pragniemy przekonać siebie i innych o tym, że coś znaczymy. Tracimy energię, przekonując do naszych racji, które uważamy, że są najdoskonalsze. Jednakże jedyną racją dla której warto żyć jest miłość, której uczy nas Chrystus położony w żłobie. Miłość to Boża kenoza i ogołocenie. Miłość równocześnie jest znakiem sprzeciwu: Herod boi się utracić pozycji. Kim jesteśmy w życiu i jak przeżywamy naszą codzienność i nasze święta: jak Herod czy jak Chrystus?
Święta Bożego Narodzenia przeżywane na obczyźnie pozwalają spojrzeć na wiele spraw w całkowicie innej perspektywy. Jest prawdą, że niejednokrotnie trzeba coś stracić, aby przekonać się jak jest to drogie człowieczemu sercu. Przeżywając te święta – w tak odległym kontekście kulturowym i geograficznym – niejednokrotnie oglądałem się wstecz. Rozliczałem przeszłość i żałowałem niewykorzystanych chwil, które już nie wrócą. Myślałem o własnej głupocie, która prowadziła do waśni i sporów, które nie miały najmniejszego sensu.
Mimo pewnej nostalgii były to jednak piękne święta. Późnym wieczorem 24 grudnia udałem się do wiosek celem sprawowania Mszy Świętej w noc Bożego Narodzenia. Sprawowałem trzy Pasterki w różnych wioskach i przyznam się, że czułem się trochę jak Anioł, który przybył zwiastować prostym pasterzom radość z narodzin Zbawiciela. Scenariusz był bowiem zbliżony: prości ludzie w jakże ubogim, a często i brudnym odzieniu, ubogie szałasy, w których mieszkają. Przy tym jednak nieukrywana i spontaniczna radość na twarzach.
W godzinach porannych w uroczystość Narodzenia Pańskiego sprawowałem Eucharystię w jednej z kaplic Concepción. We Mszy św. uczestniczyły głównie dzieci. W szopce, która była ustawiona w tej kaplicy, zabrakło pasterzy. Jak się później dowiedziałem, była to wina jedynego dostawcy produktów do Concepción, który nie dowiózł figurek pastuszków. Ten przypadek stał się motywem głoszonej przeze mnie homili: - Kogo zabrakło w szopce? – Pasterzy – odpowiedziało kilka dzieci. – Ale czy naprawdę ich tutaj nie ma? Przecież my jesteśmy! To naszym zadaniem jest teraz iść i głosić cośmy zobaczyli i Kogo znaleźliśmy owiniętego w pieluszki. Była to piękna celebracja. Ubóstwo wystroju kaplicy i ubóstwo uczęstniczących w liturgii – prawda Bożonarodzeniowej tajemnicy: Ach ubogi żłobie, Cóż ja widzę w tobie? Ubodzy, was to spotkało witać Go przed bogaczami! Ewangeliczna prawda zawarta w tekstach przepięknych polskich kolęd, której można było w bezpośredni sposób doświadczyć.
Piękno tej liturgii wypływało także z jej oprawy myzycznej. Widok skrzypiec i wiolonczeli gryz się ze scenerią miejsca oraz wyglądem uczestników: przecież to nie sala koncertowa i brak tu wieczorowych kreacji. Jednakże siły głosu
i mistrzostwa wykonywanych utworów na pewno mogłaby pozazdrościć niejedna polska świątynia.
Po południu tego dnia wyruszyłem do Santa Cruz, gdyż następnego dnia o świcie czekał mnie lot do Cochabamby. W oczekiwaniu na kolację włączyłem telewizor w salce naszego klasztory św. Antoniego i natrafiłem na retransmisję Pasterki celebrowanej przez papieża w Bazylice św. Piotra w Rzymie. Odżyły wspomnienia z czasów rzymkich: ileż razy dane mi było uczestniczyć w liturgii papieskiej i przeżywać jej piękno. Dzisiaj inne warunki i piękno w innej odsłonie. Ale ta sama moc.
Okres poświąteczny spędziłem w Cochabamba, gdzie uczestniczyłem w trzydniowym spotkaniu polskich misjonarzy pracujących w Boliwii. Przyjechało nas około 30 osób (księży, sióstr zakonnych, świeckich wolontariuszy). Okazja ku temu, aby przeżyć Boże Narodzenie po polsku: z makowcem upieczonym przez siostry i wspólnie śpiewając kolędy. Wspaniały czas, który pozwala spotkać się, wymienić doświadczenia, psychicznie i fizycznie odpocząć.
Spotkanie to miało także charakter rekolekcyjny. Tematy do refleksji zostały zaczerpnięte z patriotycznego zawołania: Bóg – Honor – Ojczyzna, a osobami, głoszącymi konferencję byli sami misjonarze pracujący w Boliwii. Mnie przypadło zadanie, aby przybliżyć słuchaczom tajemnicę Boga, o. Józef Smyksy CSsR dokonał refleksji nad znaczeniem pojęcia «Honor», natomiast o. Dariusz Mazurek OFMConv, rozpalił serca tęsknotą do Ojczyzny niebieskiej, wskazując jednocześnie na obowiązki względem naszej ziemskiej Ojczyzny. Może mało skromnie powiem, ale myślę, że udało nam się umiejętnie przedstawić temat bez uderzania w struny narodowego patosu. Jak trafnie zauważył Darek w swojej konferencji: Zostaliśmy przez Boga obdarowani podwójnym darem: dał On nam korzenie i skrzydła. Korzenie to nasza Ojczyzna, a skrzydła, to zdolność i możliwość, by dolecieć do Nieba: gdzieś dorastamy, uczymy się, stawiamy pierwsze kroki, aby w końcu pójść za głosem naszego powołania, powołania życiowego, ostatecznie powołania do życia wiecznego.
Jak już to wspomniełem wcześniej w jednym z listów, jako naród mamy powody do słusznej dumy: jesteśmy spadkobiercami pięknego dziedzictwa i kultury, tradycji i religijności. Rezygnowanie z tego w pogoni za źle pojętą nowocześności byłoby błędem, a wymiarze jednostki nawet niebezpieczne dla zachowania właściwego zdrowia psychicznego. Każdy z nas musi być osobą wyraźnie określoną: wiedzieć skąd jest i jaka jest jego narodowa i społeczna tożsamość. Wartości rodzime i narodowe są korzeniami, które nas określają i kształtują. Błędem jest jednak jakakolwiek forma stopniowania: stawienie siebie ponad innych i twierdzenie, że nasza tradycja lub nasz katolicyzm (czy w ogóle katolicyzm może być narodowy?) są lepsze od tradycji i sposobów przeżywania wiary istniejących w innych krajach i społecznościach. W kontaktach z innymi powinniśmy wyzbyć się wszelkiego rodzaju kompleksów, które przejawiają się jako nadmierne zaniżenie lub zawyżanie własnej wartości. Nie jesteśmy ani lepsi, ani gorsi. Mamy powody do dumy, ale mamy też i wady, nad którymi musimy pracować. Możemy dużo ofiarować z tego co posiadamy, ale też dużo możemy się od innych nauczyć. Jako Słowianie możemy takim społecznościom jak Latynoska zaoferować nasze głębokie przeżywanie Sacrum, a od Latynosów moglibyśmy nauczyć się na przykład większej otwartości i pewnego dystansu do siebie. Powinniśmy skończyć także z pewną eklezjalną pychą, której echa niestety często są słyszalne, a stawiającą Kościół w Polsce jako lepszy od Kościołów w innych krajach Europy. Także i w tym wymiarze jako wspólnota wierzących dużo mamy do zaoferowania, ale dużo też od innych możemy się nauczyć.
W czasie spotkania w Cochabamba pojawiło się stwierdzenie, że misjonarze z innych krajów postrzegają nas Polaków jako mało otwartych na inkulturację, konserwatystów, a nawet twardogłowych. Sam osobiście dużo myślę o tutejszej rzeczywistości pracy i o konieczności częstego balansowania na granicy ortodoksji. W Chiquitanji, gdzie obecnie pracuję, nie ma co prawda zjawiska synkretyzmu religijnego, charakterystycznego dla obszarów Płaskowyża, jednakże i tutaj często staję w obliczu poważnych dylematów. Znam dobrze Prawo Kanoniczne i dostrzegam realne niebezpieczeństwa tworzenia własnego kościółka, w którym sam będę stanowił prawo, jednakże w konkretnych sytuacjach misyjnych jest bardzo trudno zawsze zachować czystą literę prawa.
Oddalone o 6 godzin wioski zagubione w tropikalnym buszu. Kapłan przyjeżdza tam nie częściej niż 3-4 razy w roku, a ponieważ najczęście musi wrócić do misji jeszcze tego samego dnia, ma dyspozycji zaledwie kilka godzin czasu. To, że religijność wśród mieszkańców tych wiosek nie zanika, samo w sobie już jest czymś nadzwyczajnym. Lokalny lider religijny w każdą niedzielę gromadzi społeczność na celebracji Słowa. Jest to osoba oddana, jednakże nie posiada jakiejś głębszej formacji teologicznej. Czasami nawet jest analfabetą: w takich przypadkach przewodzi on liturgii, a osoba umiejąca czytać przekazuje wspólnocie treść biblijnego orędzia. Gdy przyjeżdza kapłan prawie wszyscy mieszkańcy przystępują do sakramentu pokuty i pojednania. Brakuje jednak wiedzy katechizmowej i w konsekwencji świadomości i umiejętności rozeznania grzechów. Należałoby więc zrobić wcześniejszą katechezę, ale czy można w ciągu godziny lub dwóch nauczyć katechizmu? Problemy są najróżniejsze, a te najbardziej podstawowe dotyczą statusu związków małżeńskich. Gdy księdza nie ma przez wiele miesięcy jest czymś normalnym, że ludzie łączą się w tym czasie w pary i zakładają rodziny. Są to jednak związki oparte jedynie na prawie naturalnym. Uroczystość religijnych zaślubin łączy się bowiem w tutejszej kulturze z obowiązkiem zorganizowania uroczystego i wystawnego przyjęcie dla całej wioski, a nie wszystkie pary mogą sobie na to pozwolić. Nie istnieje przy tym świadomość grzechu wynikającego z życia bez kościelnego ślubu. Gdybym więc stosował się do sztywnej litery prawa musiałbym prawie wszystkim penitentom odmówić rozgrzeszenia. Zasada moralna mówi jednak, że brak świadomości grzechu sprawia, że grzech nie został popełniony.
Rozwiązaniem byłoby, aby kapłan przyjeżdzając ograniczył posługę do przeprowadzenia katechezy, rezygnując równocześnie z celebracji Mszy św. Najpierw ewangelizacja, a dopiero później celebracja. Ludzie jednak wiedzą, że Eucharystia jest czymś bardzo ważnym i dlatego czekają na Msze św. A więc Msza, ale przy zastrzeżeniu, że nie wszyscy mają prawo przystąpić do Komunii św? W praktyce do Komunii przystąpią tylko dzieci. Jaki jednak jest sens celebrowania i jednoczesnego niedopuszczania wiernych do pełnego uczestnictwa w liturgii? Więc lepiej już nie celebrować. I błędne koło się zamyka. Bardzo często podejmując decyzję balansuję na granicy tego co mogę i czego już nie powinienem.
Innym problemem jest brak ogólnej i jednoznacznej linii duszpasterskiej. Ja mam skrupuły, inny ksiądz – nazwijmy umownie bardziej liberalny – nie będzie miał podobnych dylematów i wszystkich dopuści do pełnego uczestnictwa w Eucharystii; inny natomiast – bardziej konserwatywny – skrupulatnie będzie przestrzegał, nawet bardzo trudnych do przestrzegania w tej rzeczywistości, norm prawa. W konsekwencji prości ludzie nie za bardzo będą wiedzieli jak właściwie mają postępować.
Osobiście czasami chciałbym mieć całkowitą pewność i nie mieć podobnych dylematów. Wolę jednak stawiać pytania, świadomy że nie zawsze znajdę satysfakcjonującą i w pełni uspokajającą odpowiedź. Myślę też o polskiej rzeczywistości. Czy czasem nie zakradło się do naszej praktyki duszpasterskiej niebezpieczeństwo uprawiania pewnej magii sakramentalnej, czyli tendencji dążących do uświęcania człowieka na skutek magicznie działającej formuły sakramentalnej. Teologia katolicka, przeciwstawiając się błędom protestantyzmu, położyła wielki nacisk na doktrynę dotyczącą obiektywnej owocności i skuteczności sakramentów niezależnie od predyspozycji, postawy lub zasług tak przyjmującego jak i szafarza (działanie ex opere operato sakramentów). Doprowadziło to jednak do pewnego zrytualizowania naszej religijności i pomniejszenia rangi czynników wynikających z należytego usposobienia ministra lub osoby przyjmującej sakrament: należyta uwaga, skupienie, zaangażowanie, itp (ex opere operantis).
Weźmy na przykład pod uwagę praktykę przedświątecznych spowiedzi w naszych polskich kościołach. Bez wątpienia jest to piekna i budująca praktyka, świadcząca o wyostrzonym poczuciu Sacrum i o tym, że wielu z nas nie wyobraża sobie właściwego przeżycia świąt bez wcześniejszego pojednania się z Bogiem i z bliźnimi. Nie kwestionuję także tego, że wśród tych, którzy godzinami oczekują na moment uklęknięcia przed kratkami konfesjonału niejednokrotnie dochodzi do autentycznego nawrócenia i przemiany serca. Zastanówmy się jednak nad wszystkimi okolicznościami takiej praktyki i postawmy sobie pytanie dotyczące możliwości prawdziwego spotkania w tak specyficznych i trudnych warunkach. Kapłan przytłoczony ilością penitentów niejednokrotnie jest zmęczony i często nawet w pośpiechu sprawuje funkcję szafarza sakramentu (w narzeczu kapłańkim funkcjonuje nawet sformułowanie redukujące sakrament do pukania w konfesjonał). Jakże często dochodzi także do tego, że tak kapłan jak i penitent nie dosłyszą wypowiadanych słów, gdyż w tym samym czasie słychać dźwięki jakiejś próby mającej miejsce w kościele, nabożeństwa lub nawet – czego prawo liturgiczne wyraźnie zabrania – celebrowanej w tym samym czasie Mszy świetej. Odżegnuję się od wszelkich tendencji, które pragną psychologizować sakrament pokuty. Kapłan nie jest psychologiem, a konfesjonał nie jest psychoterapeutycznym gabinetem. Jest to jednak spotkanie eklezjalne, gdzie cierpiący na skutek grzechu brat lub siostra spotyka się ze swoim bratem, który także podlega słabościom, ale który jedno-cześnie jest ministrem i sługą Bogą. Jego zadaniem, jako szafarza jest umocnić i pocieszyć, wskazać drogę, czasami z łagodnoscią upomnieć, a przede wszystkim przypomnieć prawdę o Bożym Miłosierdziu. Ale do tego potrzebny jest czas i spokój. Nawrócenie jest bowiem procesem, a wyznanie grzechów jest tylko jednym z warunków świadczących o autentyczności przemiany serca. Formuła sakramentalna nie jest też magią, która w cudowny sposób rozwiązuje wszelkiego rodzaju problemu. Czy w warunkach przedświątecznej krzątaniny czasami nie chodzi tylko o to, aby w miarę szybko wyznać grzechy (pomimo godzin oczekiwania) celem również szybkiego otrzymania rozgrzeszenia? W jaki sposób taka spowiedź zmienia nas i wpływa na praktykę naszego codziennego życia?
Są to pytania na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź i które mogą prowadzić do bardzo ożywionych dyskusji. W tych pytaniach nie chodzi jednak o dogmatyzowanie stanowisk i wytyczanie jakiś sztywnych ram duszpasterskiego działania. Mają one raczej na celu zastanowienie się nad głębią przeżywanej i cele-browanej tajemnicy oraz nad formami wprowadzania w tą tejemnicę wiernych (mistagogia). Jest to zadanie, które spoczywa na nas, gdyż naszym obowiązkiem jest być mistagogamii.
Mistagogia jest procesem mającym za zadanie wprowadzenie w misterium Chrystusa. Nie chciałbym jednak, aby samo słowo stało się nadużywanym terminem, którym nagle zacznie się wszystko tłumaczyć. Dostrzegam bowiem pewne niebezpieczeństwo ze zbyt częstego używania nawet najpiękniejszych pojęć i terminów, które w konsekwencji stają się narzędziami „religijnych ideologii”. Mam wrażenie, że w rzeczywistości latynoamerykańskiej poważnie zostało wypaczone znaczenie słowa „inkulturacja”, którym próbuje się tłumaczyć wszelkiego rodzaju nadużycia, a nawet teologiczne błędy.
Najpiękniejsze bowiem religijne hasła i doktryny, jeżeli głoszone są przez osoby, które jednocześnie nie prowadzą intensywnego życia duchowego, stają się pusto brzmiącymi sloganami. W naszym życiu bardzo łatwo ulec pokusie zaufaniu we własne siły, co jednak prowadzi w konsekwencji do bolesnych rozczarowań. Pamiętam, że na pewnym etapie mojego życia musiałem zmierzyć się z problemem subtelnego relatywizmu, którego wyznawcą była jedna znajoma mi osoba. Problem ten, który zrodził się u niej z teoretycznych rozważań dotyczących sensu ofiary i miłości dobrowadził w konsekwencji to bardzo poważnych rozterek i poważnego kryzysu powołania. Całość rozważań opierała się na następującym założeniu: skoro miłość jest pragnieniem szczęścia dla drugiej osoby, to osoba prawdziwie kochająca nigdy nie bedzie chciała tego, aby ktoś drugi cierpiał i poświęcał się z jej powodu. Założenie to jednak, przy hedonistycznym pojmowaniu szczęścia, prowadzić może do bardzo absurdalnych wniosków usprawiedliwiających każde zło. «Skoro żona mnie kocha, a ja czuję się szczęśliwy i realizuję się będąc z inną kobietą, to pozwoli mi odejść; nawet więcej, powinna cieszyć się szczęściem ukochanego». Ciężko chora matka, nie pozwoli, aby jej dziecko czuwało przy jej łóżku i zadręczało się. Możemy nawet pójść to jeszcze bardziej daleko posuniętych wniosków: ja za wszelką cenę muszę być szczęśliwy, aby mym szczęściem uszczęśliwić kochające mnie osoby.
Współczesny świat ucieka od pojęcia ofiary, paradoksalnie jednak coraz bardziej jest nieszczęśliwszy. Odrzuca się katolicyzm, utożsmiając go ze smutną religia kultu cierpienia. Im mniej ofiary, a więcej przyjemności, tym bardziej udane życie – zdaje się brzmieć naczelna zasada naszych dni. Dzieje się tak, gdyż samo pojęcie ofiary bywa dziś nierozumiane albo rozumiane błędnie. Jak wobec tego pomóc dzisiejszemu człowiekowi, aby właściwie odkrył autentycznie chrześcijańskie znaczenie ofiary?
To Bóg, na obraz którego zastaliśmy stworzeni uczy nas prawdziwej Miłości. Ojciec nie domaga się krwi i życia Syna. Bóg bowiem nigdy nie żąda. On zawsze daje. A jeśli żąda, czyni to niejako „we wnętrzu daru”. Ojciec ofiarowuje Syna — im większa miłość, tym większa ofiara. Syn w akcie doskonałego posłuszeństwa spełnia wolę Ojca. Zbawia nas miłość, nie cierpienie. Krzyż, męka i ból, ofiara — są najwyższym sposobem jej (miłości) artykulacji, wyrażenia, zaistnienia. Tu — w teologii trynitarnej — zaczynamy pojmować, kim jest Bóg i co znaczy ofiarować: dać siebie w absolutnym zaufaniu, w wolności i wierze. To jest chrześcijański sposób na życie. W blasku tego światła rozumiemy: Bóg nie chce czegoś, a już na pewno nie człowieczego bólu. Chce człowieka, czyli jego miłości. Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń (Oz 6, 6). A jeśli Bóg jednak pragnie ofiary, to ofiary miłości, ofiary serca miłującego, czyli wolnego w posłuszeństwie.
Czy można wobec tego odseparować miłość od ofiary? Człowiek w Chrys-tusie znajduje prawdę o własnym człowieczeństwie. Życie ludzkie dopiero wtedy nabiera sensu, gdy człowiek posiada wartości za które jest w stanie zapłacić najwyższą cenę. Wartościami tymi może być tylko autentyczne dobro: Bóg, drugi człowiek, Ojczyzna (rozumiana jako wspólnota osób). Jeżeli za te wartości człowiek jest w stanie poświęcic własne życie, znaczy to że duch przeważył nad ciałem, a życie nabrało prawdziwego smaku, gdyż konkretne dobro stanęło wyżej niż fizyczna egzystencja.
W filmie „Misja” Rolanda Joffé opowiadającej tragiczną historię wydalenia zakonu jezuitów terenów redukcji w Paragwaju w jednym z ostatnich dialogów namiestnik królewski zwraca się do papieskiego wysłannika: „Nie miałeś wyboru Eminencjo. Żyjemy w takim świecie, a ten świat taki jest”. „Nie, senior Honter – odpowiada kardynał – taki ten świat uczyniliśmy. Takim uczyniłem go ja”. I w liście do papieża kardynał pisze: „Tak więc, wasza Świątobliwość, twoi księża nie żyją, ja zaś pozostałem przy życiu. Lecz tak naprawdę, to ja umarłem, a oni żyją, bowiem jak zawsze, duch zmarłych przetrwa w pamięci żyjących.” Jezuici i Indianie przegrali walkę o misje, ale wygrali coś o wiele cenniejszego: własne dusze.
Przychodzi mi na myśl jedno z opowiadań Antony de Mello: Pewien człowiek znalazł jajko orła. Zabrał je i włożył do gniazda kurzego w zagrodzie. Orzełek wylągł się ze stadem kurcząt i wyrósł wraz z nimi.
Orzeł przez całe życie zachowywał się jak kury z podwórka, myśląc, że jest podwórkowym kogutem. Drapał w ziemi szukając glist i robaków. Piał i gdakał. Potrafił nawet trzepotać skrzydłami i fruwać kilka metrów w powietrzu. No bo przecież, czyż nie tak właśnie fruwają koguty?
Minęły lata i orzeł zestarzał się. Pewnego dnia zauważył wysoko nad sobą, na czystym niebie wspaniałego ptaka. Płynął wspaniale i majestatycznie wśród prądów powietrza, ledwo poruszając potężnymi, złocistymi skrzydłami.
Stary orzeł patrzył w górę oszołomiony. - Co to jest? - zapytał kurę stojącą obok. - To jest orzeł, król ptaków - odrzekła kura. - Ale nie myśl o tym. Ty i ja jesteśmy inni niż on. Tak więc orzeł więcej o tym nie myślał. I umarł wierząc, że jest kogutem w zagrodzie.
Wszyscy po trochu jesteśmy takimi pisklętami: często zapatrzeni w ziemię, tracimy energię i toczymy między sobą spory o bardziej dorodnego i grubszego robaka, którym pragniemy zaspokoić nasz głód. Zapominamy, że zostaliśmy stworzeni do tego, aby latać ponad wierzchołkami górskich szczytów. Zastanówmy się czym żyjemy i jakie są nasze plany, zainteresowanie i jakie posiadamy ideały?
Jeden z serwisów internetowych (tzw. opiniotwórczy, a nie plotkarski) w dniu w którym to piszę w rubryce z życia gwiazd przekazuje następujące informacje:
- Gwiazdy ze stanikami pod prześwitującymi kreacjami
- Wojciech Mann pokazał swojego syna
- Słynna seksbomba boso na ulicy
- Polski aktor na imprezie z młodszą o 21 lat
- Urodziła czworo dzieci - figurę ma niewiarygodną!
- Artystka nie przestaje tyć. Wygląda coraz gorzej
- Co się stało z Bradem Pittem?
- Dziś kończy 30 lat, choć wiele osób dałoby jej 40
- Aktor został pobity przez sześciu sprawców
- Zwyciężczyni "Top Model" w seksownej sesji
- Maryla Rodowicz padła ofiarą ataku
Oto wpółczesne tytułu internetowych doniesień. Pokarm dla tych, którzy zapomnieli, że jesteśmy powołani do tego, aby wzbić się wysoko w górę i szybować. Czasami jako duchowni oburzamy się na wyżej wskazane treści i walczymy z takimi pseudo newsami. Czy jednak sami potrafimy wznieść się i ukazać w pozytywny sposób inny system wartości. Bóg pragnie, aby wasze serce otwarło się w wewnętrznej wolności, abyście nie byli uzależnieni od wielu potrzeb. Nie bójcie się tego, czego nie znacie, bo Ojciec niebieski miłuje was wszystkich i – mówię wam – już przygotował dla was miejsce w raju. (Eremita). Naszym powołaniem jest świętość.
Zostaliśmy przez Boga obdarowani podwójnym darem: dał On nam korzenie i skrzydła. Korzenie to nasza Ojczyzna, a skrzydła to nasze powołanie – jeszcze raz przypomnę słowa o. Dariusza Mazurka. Po zaczerpnięciu ze źródeł rodzimej tradycji w czasie spotkania z rodakami w Cochabamba miałem okazję, aby na nowo pochylić się nad darem i łaską powołania. Uczestniczyłem bowiem w rekolekcjach zakonnych zorganizowanych dla braci z franciszkańskiej prowincji św. Antoniego w Boliwii. Odbyły się one w naszym klasztorze w Santa Cruz, a prowadził je o. Tomasz Rosas z nowo powstałej fundacji kapucynów w Montero. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z tak liczną grupą współbraci pracyjących w tym kraju.
Już wcześniej niejednokrotnie mogłem się przekonać o wyjątkowości niektórych naszych współbraci pracujących na misjach w Boliwii. Z pewnym wzruszeniem wspominam spotkanie z o. Klemensem Hofer z Austrii, które miało miejsce pod koniec listopada ubiegłego roku. Na kilka dni przed pocżątkiem Adwentu miał już w swoim pokoju przygotowaną bożonarodzeniową szopkę i słuchał austryjackich kolęd. Z początkiem grudnia czekała go skomplikowana operacją, której rezultatów był niepewny. Przygotował żłóbek i śpiewał kolędy, gdyż – jak mówił – nie chciał stracić tej niesamowitej atmosfery świąt, których być może nie dane mu będzie przeżyć. Było coś niesamowitego w tej autentycznie franciszkańskiej prostocie i romantycyzmie. Mocno w pamięci wyrył mi się także w pamięci obraz o. Waltera Neuwirth z Niemiec – emerytowanego fundatora Instytutu Muzyki Barokowej w Urubichà. Jest to pełen pokory i dobroci człowiek, prowadzący bardzo intensywne życie modlitwy. Na długo przed świtem można go zobaczyć w kaplicy, gdzie spędza po kilkanaście godzin w ciągu każdego dnia.
Z rekolekcyjych dni w szczególny sposób zapamiętałem postawę braci pochodząnych z Kraju Basków w Hiszpanii. Są to starsi już ojcowie, którzy praktycznie całe swoje życie przepracowali w bardzo trudnych warunkach boliwijskiego departamentu Beni. Jest to tropikalny region, w którym do dnia dzisiejszego brak podstawowej infrastruktury komunikacyjnej. Droga wodna niejednokrotnie jest jedyną formą dotarcia do wiosek. Baskowie przemieszczali się przy pomocy łódek i kajaków, nocując w buszu, wystawiając się na niebezpieczeństwo ze strony dzikich zwierząd (krokodyle, węże, tygrysy). Pełen podziwu patrzyłem teraz na tych staruszków: niedosłyszących i niedowidzących, a jednak pełni radości życia i potrafiących także głośno śmiać się ze swych dolegliwości.
Osoby takie jak te uczą jak można prawdziwie przeżyć życie ciesząc się każdym dniem, który od Pana Boga otrzymujemy. Patrząc na te postaci bardzo autentycznie zabrzmiały słowa rekolekcjonisty: Wielkim darem jest móc umrzeć z pełną świadomością dokonującej się paschy, aby móc podziękować Bogu za wszystko czym w czasie życia nas obdarzył.
Niejednokrotnie mogłem się przekonać jak wielkim darem jest łaska franciszkańskiego powołania. Jako wspólnota braci z różnych kultur, ras i narodów tworzymy autentyczną wspólnotę bez granic lub której granice są wytyczone jedynie przez miłość. Doświadczałem tego już w czasie pobytu w Antonianum w Rzymie i na nowo, tutaj w Boliwii, dane mi jest przeżywać uniwersalizm naszego charyzmatu. Jesteśmy ponadto spodkobiercami ogromnego dziedzictwa.
W czasie studiów specjalistycznych miałem możliwość bezpośrednio i namacalnie – dotykając dłońmi – zetknąć się z dokumentami poświadczającymi nasze zaangażowanie i rolę jaką odegraliśmy w kształtowaniu kultury. W traktacie o doskonałej radości św. Franciszka ukazuje cnotę prawdziwej radości drogą eliminacji kolejnych łask, którymi mogliby zostać obdarzeni poszczególni bracia i Zakon: choćby bracia mniejsi dawali wszędzie wielkie przykłady świętości i zbudowania...; choćby brat mniejszy wracał wzrok ślepym i chromych czynił prostymi, wypędzał czarty, wracał słuch głuchym i chód bezwładnym, mowę niemym i wskrzeszał takich, co byli martwi przez dni cztery...; gdyby brat mniejszy znał wszystkie języki i wszystkie nauki, i wszystkie pisma tak, że umiałby prorokować i odsłaniać nie tylko rzeczy przyszłe, lecz także tajemnice sumień i dusz....; choćby brat mniejszy mówił językiem aniołów i znał koleje gwiazd i moce ziół, i choćby mu objawiły się wszystkie skarby ziemi, i choćby poznał właściwości ptaków i ryb, i zwierząt wszystkich, i ludzi, i drzew, i skał, i korzeni, i wód...; choćby brat mniejszy umiał tak dobrze kazać, że nawróciłby wszystkich niewiernych na wiarę Chrystusową...; i gdyby nawet wszyscy profesorowie z Paryża wstąpili do Zakonu to nie jest radość doskonała...; i gdyby tak samo uczynili wszyscy prałaci z tamtej strony Alp, arcybiskupi i biskupi, również król Francji
i Anglii.
Autor dzieła pragnie wskazać na opanowanie i cierpliwość konieczne do osiągnięcia prawdziwej radości, pośrednio jednak opisuje stan faktyczny naszego Zakonu w XIII wieku. Byliśmy wtedy wielkim ruchem społecznym do którego wstępowali przedstawiciele wszystkich grup społecznych. Bracia odznaczali się świętością życia, a takim postaciom jak święty Antoni przypisywano łaskę czynienia cudów. Odważnie szli na cały świat z orędziem Dobrej Nowiny (św. Berard, męczęnnik z Maroka i jego Towarzysze). Nasi bracia (bł. Jan Duns ze Szkocji, Aleksander z Halles, św. Bonawentura i wielu innych) nauczali i wytyczali kierunki badań na największych uniwersytetach ówczesnej Europy (Sorbona, Cambridge, Oxford, Bolonia, Padwa). Znane postaci, które piastowały ważne funkcje na dworach królewskich, przywdziewały zakonny habit (Julian ze Spiry – mistrz chóru na dworze króla fracuskiego Filipa II i Ludwika VIII), a sami królowie wstępowali do Trzeciego Zakonu Franciszkańskiego (św. Ludwig IX). Jako Zakon zaważyliśmy na całym późniejszym kształcie liturgii Kościoła (Haimone z Faversham – czwarty generał Zakonu). W póżniejszym okresie mieliśmy istotny wpływ na losy projektu Krzysztofa Kolumba, ułatwiając i organizując spotkanie między Wielkim Admirałem i Królową Izabellą (o. Antonio de Marchena i o. Juan Pérez). Byliśmy też protagonistami w całym dziele ewangelizacji Ameryki. A przecież to tylko wycinek z naszej historii, która ma już osiem wieków. Mamy prawo być dumni
z całego dziedzictwa religijnego i kulturotwórczego naszego Zakonu.
Znane jest powiedzenie św. Bernarda z Chartres, a odnoszące się do tego wszystkiego co otrzymaliśmy w dziedzictwie od Ojców Koscioła: Jesteśmy karłami, którzy wspieli się na ramiona gigantów. Widzimy więcej niż oni, ale nie dlatego, żeby wzrok nasz był bystrzejszy, albo wzrost słuszniejszy, ale dlatego, iż oni podnoszą nas o całą swoją gigantyczną wysokość. Śmiało możemy wyrażenie to odnieść to tego wszystkiego co zostało wytworzone dzięki sile wiary, modlitwy i intelektu naszych współbraci w Zakonie. Jest to jednak dziedzictwo, które nas zobowiązuje.
Święty Franciszek wskazuje, że nawet te największe zdobycze w wymiarze religijnym lub intelektualnym nie zasługują na to, aby być źródłem doskonałej radości. Pięknie na temat radości napisał w swoim liście na Boże Narodzenie Minister generalny naszego Zakonu, o. José Rodríguez Carballo: Bracie, który żyjesz ogarnięty smutkiem, uwolnij się od niego, ponieważ już «Króluje twój Bóg» (Iz 52,7), ponieważ Nowo narodzony jest Emmanuelem, Bogiem-z-nami (por. Mt 1,23). Wy wszyscy, którzy przeżywacie ciemną noc trudności, myśląc, że właśnie dotarliście do schyłku, «nie bądźcie smutni i nie płaczcie [...] gdyż radość w Panu jest waszą ostoją» (Ne 8,9-10). Z głębi Tajemnicy Bożego Narodzenia płynie pytanie: jak naprawdę przeżywamy radość z faktu, że Bóg jest z nami? Ludzkość potrzebuje życia chrześcijańskiego i franciszkańskiego, które byłoby objawieniem Chrystusa i wyrażałoby się poprzez całkowite, radosne i pełne pasji poświęcenie. Jest to dla nas wielkie wyzwanie i odpowiedzialność za powołania jednocześnie. My wszyscy jesteśmy misjonarzami bardziej przez to, kim jesteśmy, niż przez to, co czynimy. Być radosnymi, przemieniać nasze negatywne i zniechęcające innych zachowanie w postępowanie pełne entuzjazmu i owocujące nadzieją - są warunkiem sine qua non w duszpasterstwie powołaniowym oraz w wiarygodnym głoszeniu Ewangelii. Franciszek wskazuje nam drogę, aby móc siać radość: pozwolić, aby Chrystus wszedł do naszych serc, do naszego życia i w ten sposób iść naprzód
z innymi: z Braćmi, których dał nam Pan, i z którymi dzielimy nasze życie i misję, a następnie ze wszystkimi umiłowanymi przez Boga ludźmi, szczególnie zaś z ubogimi i opuszczonymi.
Niech to przesłanie stanie się naszym zadaniem. Świat potrzebuje świadectwa radości. Nie tej pustej i banalnej, ale płynacej z autentycznego doświadczenia miłości Boga. Radości, której nikt ani nic nie będzie w stanie go pozbawić: ani ucisk, ani żadnego rodzaju cierpienia ani prześladowanie (por. 2Kor 7,4; Kol 1,24).
Życzę wam tej radości na cały rozpoczęty rok A. D. 2012 i na całe życie.
Wasz Współbrat i Przyjaciel
Kasper M. Kaproń ofm