Concepción, 11 lipca 2012
Drodzy Współbracia i Przyjaciele
Przewodniczyłem uroczystości pogrzebowej. Według miejscowego zwyczaju w czasie Mszy Świętej trumna pozostaje otwarta, tak więc miałem okazję spoglądać na to małe ciało owinięte w płótna i złożone do prostej białej skrzynki. Do domu Ojca powracał Nelson, dziesięcioletni chłopak, który zmarł nagle z przyczyn, których tutejsi lekarze nie do końca potrafią wytłumaczyć. Najprawdopodobniej – stwierdzili – była to niewykryta i nieleczona wada serca. Młode, rozkwitające życie, które tak nagle zostało przerwane.
Po pogrzebie siostra Elena poinformowała mnie o kolejnym zgonie. Zmarła ośmiomiesięczna dziewczynka o której wspomniałem już w poprzednich zapiskach. Sparaliżowane dziecko, której obraz mocno wyrył się w mojej pamięci. W obliczu takich śmierci słowa stają się bezużyteczne. Ojciec Cantalamessa słusznie zauważył: Tylko cierpienie niewinnych dzieci można uznać za podobne do cierpienia Boga i dlatego jest ono tak tajemnicze i święte.
Zastanawiam się często jak pogodzić boliwijską biedę i codzienne dotykanie śmierci z żywiołowością latynoskiego temperamentu i z radością, która obecna jest praktycznie na każdym kroku. Spontanicznie nasuwa się porównanie do naszej polskiej rzeczywistości. Dość powszechnie funkcjonuje opinia, że my Polacy to sfrustrowany i smutny naród. I obserwacja jakby potwierdzała te słowa: naszą wizytówką są zmęczone i przygnębione twarze, niekończące się polityczne spory, przepychanki, kłótnie i udowadnianie swoich racji. Dlaczego nie potrafimy cieszyć się życiem i czy naprawdę jest nam aż tak źle?
Fascynuje mnie i wzbudza podziw latynoski sposób przeżywania liturgii. Postulowane przez Sobór aktywne uczestnictwo nie jest tutaj pusto brzmiącym hasłem. Wierni nie czują się i nie są biernymi obserwatorami liturgicznych czynności. Młodzi animują śpiew i sprawiają, że żywe dźwięki latynoskiej muzyki stają się radosną modlitwą uwielbienia. Tłumy dzieci głośno odpowiadają „I z duchem twoim”, gdy tylko usłyszą kapłańskie „Pan z wami”. Starsi mężczyźni lub kobiety z indiańskiego cabildo czuwają nad porządkiem zgromadzenia i swymi laskami – znakiem piastowanego urzędu – przepędzają psy, lecz potrafią także mocno przyłożyć nazbyt rozbrykanym dzieciakom. Żywiołowość i radość przeżywania liturgii ziemskiej staje się autentycznym przedsmakiem uczestnictwa w liturgii niebieskiej.
W naszym europejskim duszpasterstwie od 50 lat przypomina się o aktywnym uczestnictwie lecz do czego się ono sprowadza? Księża prześcigają się w oryginalności, próbują urozmaicać i czynić atrakcyjniejszą liturgię, a wierni pomimo to nadal często postrzegają Mszę Świętą jako nudny obowiązek do zaliczenia. Czy nasze liturgie stanowią dla uczestników autentyczny przedsmak radości Niebieskiego Jeruzalem? Czy są one znakiem rzeczy, które przygotował Bóg tym, którzy Go miłują? Czy niewierzący mogą zapragnąć słodyczy Nieba, jeżeli jego obrazem jest widok ludzi, którzy wcale nie wyglądają na szczęśliwych z tego powodu, że uczestniczą w weselnej uczcie Baranka? Ma rację Piotr, który pisze: Mamy trudność z przeżywaniem radości, z byciem szczęśliwymi z tego powodu, że jesteśmy katolikami. Mamy także problem z okazywaniem tego szczęścia innym ludziom. Szkoda. Co bowiem innego może bardziej przyciągać do Kościoła, niż jego szczerze szczęśliwi członkowie? I można by tylko doprecyzować, że jest to radość, której nie należy utożsamiać z wesołkowatością błazna. Jest to radość z żywego i pełnego uczestnictwa w liturgii przesyconej sacrum, a nie z liturgii sprowadzonej do bycia cool, jazzy lub miodzio.
Sheila Cassidy, angielska lekarka pracująca w hospicjum dla chorych na raka, w swoich wspomnieniach napisała: Większość ludzi wyobraża sobie hospicja jako miejsca deprymujące, gdzie należy mówić przyciszonym głosem i gdzie wzrok powinien być opuszczony, gdyż pacjenci i ich rodziny oczekują tego, co jest nieuniknione. Nic bardziej błędnego. W hospicjum wszystko kręci się wokół życia, a miłość i śmiech obecny w tym miejscu ukazuje nam podstawową prawdę: życie jest wielkim darem i każda jego minuta musi być przeżyta w całej swej pełni. Śmierć także jest częścią tego życia i musi być przyjęta z gestem otwartych dłoni. Dlatego też charakterystyką hospicjum jest naturalna pasja do świętowania: pieczemy torty i otwieramy butelki champagne przy każdej stosownej okazji: urodziny i inne rocznice. Pracownicy administracji, pielęgniarki, wolontariusze wznoszą toasty razem z pacjentami i ich rodzinami.
Nie chodzi oczywiście o to, aby śmiać się, gdy inni płaczą. Taka radość byłaby raczej bezdusznością i urągałaby przykazaniu miłości bliźniego. Chodzi jedynie o to, aby nasze życie, nasze przepowiadanie i celebracja Bożych tajemnic stała się dla świata czytelnym znakiem Ewangelii, czyli radosnej nowiny o Bogu, który szaleńczą miłością umiłował człowieka. Dla chrześcijanina smutek wynika jedynie z grzechu i z poczucia oddalenia od Boga, który jest źródłem życia i miłości. Henry Nouwen w chwili, gdy porzucił uniwersytecką karierę i osiadł we wspólnocie dla osób niepełnosprawnych stanął przed dylematem: Przede mną – pisał – już tylko kilka, ewentualnie kilkanaście lat, aktywnej działalności. Czy nie warto więc zużyć ich bardziej pożytecznie? Zostawiłem Harvard lecz nie byłem pewien czy słucham głosu powołania czy też sprzeciwiam się jemu. Zewnętrzny głos powtarzał mi: „Na uczelni możesz uczynić o wiele więcej. Studenci potrzebują ciebie!” Wewnętrzny głos natomiast mówił mi: „Jaki ma sens przepowiadać Ewangelię innym ludziom i nauczać ich, jeżeli samemu człowiek przy tym gubi własną duszę?”. I w końcu zdałem sobie sprawę, że moje duchowe zagubienie, moje odczucia bycia odrzuconym przez studentów, kolegów, przyjaciół, a nawet przez Boga i to ciągłe poszukiwanie afirmacji oraz własnej wartości były najbardziej oczywistym znakiem, że nie podążam szlakiem wytyczonym przez Bożego Ducha. Owocem Ducha nie jest smutek, melancholia bycia osamotnionym i zapomnianym; owocem Ducha jest radość, miłość, pokój. Porzuciłem Harvard i poczułem wewnętrzną wolność, wielką radość i nową siłę, dzięki której spoglądam w przeszłość i dostrzegam więzienie, w którym dobrowolnie tkwiłem zamknięty.
Szukamy czasem odpowiedzi na pytanie czy obrana droga jest tą właściwą? Pytamy czy nasz sposób życia jest tym właściwym? Radość, miłość i pokój to najlepsze kryterium i sprawdzian tego, że podążamy szlakiem, który Boży Duch nam wyznaczył.
Kasper M. Kaproń ofm