W obronie wadowickich kremówek, czarnych butów i autobusu

Urubichá, 3 kwietnia 2013 r.

Drodzy Współbracia i Przyjaciele

 

Wielu katolickich publicystów, zaczęło przestrzegać przed tym, aby Papieża Franciszka nie zredukować do zewnętrznych gestów, gdyż może skończyć się to tym, że entuzjazm przeszkodzi nam z przyjęciem przekazywanej nauki. Podobnie jak skremówkowaliśmy Jana Pawła II może dojść do tego, że z Papieża „z końca świata” zapamiętamy tylko czarne buty, płacenie rachunku za hotel lub podróże autobusem. Chcę jednak stanąć w obronie tych zewnętrznych znaków, gdyż nie są one bez znaczenia. Przecież nawet liturgia, źródło i szczyt wszelkiej działalności Kościoła, wyraża się poprzez zewnętrzne znaki (woda, olej, chleb, wino) i gesty (obmycie lub namaszczenie). Siła liturgicznego przekazu tkwi właśnie w mocy znaków, które o wiele mocniej przemawiają niż intelektualny przekaz treści. Oczywiście, że może istnieć niebezpieczeństwo liturgicznego rubrycyzmu i zatrzymania się płaszczyźnie tylko tego, co zewnętrzne. Liturgia zostanie sprowadzona wtedy do obowiązku wykonania właściwego skłonu głowy lub do umieszczenia odpowiedniej ilości świeczek na ołtarzu. Za zewnętrznym znakiem musi iść wewnętrzna treść. Jednakże chyba nie wątpimy w autentyzm sposobu bycia papieża Franciszka. Dlaczego więc ostrzegamy i boimy się tego, aby Papież głosił nam Chrystusa nie tylko słowem, ale także spontanicznym gestem i zachowaniem? Aby Ewangeliczne ubóstwo głosił nie tylko poprzez encykliki, ale także skromnością stroju; podobnie jak Jan Paweł II ukazał nam godność osoby ludzkiej poprzez własne cierpienie i poprzez radość pomaturalnych kremówek. W prostocie i czytelności znaku. Bez zbędnego komentarza.

Powrócić do źródeł. Czyż nie jest to droga odnowy? W października 1919 r., Ildefons Herwegen, opat z Maria Lach, wygłosił przemówienie – program liturgicznej reformy: «Ad fontes! Do źródeł! Na nowo weźcie w swoje ręce, zagłębiajcie się, żyjcie i pozwólcie żyć mszałowi, brewiarzowi, rytuałowi, pontyfikałowi, ponieważ w nich jest życie, i chrześcijańska wizja rzeczy została w nich skondensowana w wymiarze doskonałym». Szukając drogi odnowy Kościoła moglibyśmy sparafrazować te słowa: «Ad fontes! Do źródeł! Na nowo weźmy w swoje ręce, zagłębiajmy się, żyjmy i pozwólmy żyć Ewangelii, ponieważ to na jej kartach znajduje się pełnia naszego życia. Odłóżmy na bok wszelkiego rodzaju komentarze i wszelkiego rodzaju interpretacje».

W oceanie interpretacji i komentarzy łatwo bowiem zagubić istotę przesłania. Ks. Artur Stopka na swej facebookowej tablicy zamieścił znamienny wpis: „Jest coś niepokojącego i dającego głęboko do myślenia w fakcie, jak wielu, w tym również duchownych katolickich rozmaitych szczebli, postanowiło wyjaśniać wszem wobec, co papież Franciszek ma na myśli…” Być może jest to ten moment (kairos – czas łaski), abyśmy przestali analizować i interpretować słowa – przede wszystkim słowa samej Ewangelii – a zaczęli je przyjmować w ich dosłownym brzmieniu. Na wzór św. Franciszka, który w momencie gdy usłyszał słowa Chrystusa „Idź, odbuduj mój Kościół”, to nie brał ich w kategoriach przenośni, lecz po prostu wziął się do pracy nad odbudową zrujnowanego kościoła św. Damiana. A pod koniec życia przestrzegał braci: „I wszystkim moim braciom klerykom i laikom nakazuję stanowczo pod posłuszeństwem, aby nie wprowadzali wyjaśnień do reguły ani do tych słów, twierdząc: „Tak chcą, aby były rozumiane”. Nam zaś udało się, niestety, zapełnić stronice ksiąg różnego rodzaju komentarzami, paradoksalnie odnoszącymi się nawet do tego zdania Franciszkowego Testamentu.

W ten oto sposób w ciągu wieków zapełniliśmy biblioteki traktatami na temat tego, co znaczy ewangeliczne ubóstwo. W Ewangelii znajdziemy natomiast jedynie prosty i jednoznaczny nakaz: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za mną (Mt 19,21). Wejść w ślady Chrystusa to nic innego jak stać się autentycznie ubogim. Przyjąć do serca słowa: Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody (Mt 28,19) to nic innego jak opuścić swój dom, aby wzorem Abrahama, Mojżesza i Apostołów pójść tam, gdzie Bóg chce nas mieć. W tym też samym znaczeniu widziałbym własną odpowiedź na słowa papieskiego przesłania z Wielkiego Czwartku skierowane do mnie jako kapłana, aby wyruszyć na peryferie. Nie można tej zachęty zredukować tylko do metafory peryferii, które są w nas, ale należy udać się na konkretne peryferie naszych miast i świata, gdzie bieda i gdzie grasują bandy młodocianych przestępców.

W tych dniach przewodniczyłem po raz pierwszy uroczystościom Triduum Paschalnego w powierzonej mi niedawno parafii Urubichá w Boliwii. Moi nowi parafianie ukazali mi prawdziwe piękno liturgii i moc żywej wiary. W sposób szczególny utkwiła mi w pamięci liturgia Wigilii Paschalnej. Skrzypce, wiolonczele i inne instrumenty. Ognisko na kilka metrów. Ministranci w komplecie. Kościół przyozdobiony w świeże kwiaty. Ponad 1000 wiernych (co na 5-tysięczną parafię o czymś świadczy). Wszyscy w odświętnych strojach i każdy ze swoim naczyniem wody, z prośbą o jej poświęcenie. Ponad trzy godziny uroczystości liturgicznej. Po czym jeszcze kilka godzin wspólnie przeżywanej radości: taniec i muzyka. Oto Wigilia Paschalna w wiosce, gdzie nikt nie kończył studiów teologicznych i liturgicznych. Ale może właśnie dlatego – że bez bagażu intelektualnych spekulacji – rzeczywistość znaku nie została tutaj zatracona. Jak się powiedziało wiernym, że trzeba przygotować ognisko, to każdy przyniósł swój kawałek drewna i w konsekwencji ogień buchnął na kilka metrów. Tutaj jeszcze chodzi się do lasu po drzewo i trzeba się natrudzić, aby w domu rozpalić ogień. Skoro więc jako parafia jesteśmy rodziną, to każdy ma obowiązek pójścia do lasu po drzewo. Skoro się powiedziało ludziom, że będzie poświęcenie wody, to każdy przyniósł swoje wiaderko z wodą, gdyż chce mieć w domu trochę tej pobłogosławionej wody. Skoro się powiedziało ludziom, że będziemy się cieszyć ze Zmartwychwstania Chrystusa, to każdy ubrał się w odświętne ciuchy i wziął do ręki instrument, bo przecież, gdzie człowiek wraz z innymi się raduje, tam trzeba grać i tańczyć. Nic innego jak dosłowne wzięcie sobie do serca tego co się mówi, a nie jakaś namiastka znaku. I do tego nie potrzeba teologicznych studiów. Potrzeba jedynie wiary, że to co się mówi jest prawdą.


Kasper M. Kaproń ofm

© CRT 2012