Wielki Post 2012

                     

 

Zaufałem drodze
Wąskiej
takiej na łeb na szyję
z dziurami po kolana
takiej nie w porę jak w listopadzie spóźnione buraki
i wyszedłem na łąkę stała święta Agnieszka
--- nareszcie --- powiedziała
--- martwiłem się już
że poszedłeś inaczej
prościej
po asfalcie
autostradą do nieba --- z nagrodą do ministra
i że cię diabli wzięli

 

Jan Twardowski

 

 

 

 

Concepción, Wielki Post 2012

             Drodzy Współbracia i Przyjaciele!

 

          Wracam myślą do wydarzeń sprzed roku. Lotnisko na Okęciu w Warszawie i ja sam – już po pożegnaniu z bliskimi i po odprawie paszportowej – w oczekiwaniu na samolot do Paryża. Ileż myśli wtedy krążyło w mojej głowie, ileż znaków zapytania. Do tej pory zachowuję jeszcze notatki, uczynione w czasie lotu gdzieś na Polską, Niemcami i Francją (w locie nad Atlantykiem na szczęście przyszło już zmęczenie i mogłem swobodnie zasnąć). Ileż w tych zapisanych słowach niewiadomych, ileż uczuć w których można dostrzec niepokój, ale także i radość z otwierającej się przede mną nowej rzeczywistości. Minął już rok odkąd mieszkam w Boliwii. Zapisując moje doświadczenia i refleksje starałem się przybliżać Wam, Drodzy Przyjaciele, codzienność otaczającego mnie świata, ale także poruszenia mego serca. Listy te stały się dla mnie doskonałym sposobem, aby – jak bardzo trafnie określiła to jedna moja znajoma – móc uporządkować i posprzątać świat wokół i wewnątrz siebie. To taka próba pogodzenia siebie ze światem, powiedzenia Bogu i ludziom jestem taki, jest tak. Listy te były skutecznym sposobem oswajania się z nową boliwijską rzeczywistością: nieznaną, czasami zaskakującą, czasami wkurzającą. Były one jednak także osobistą autolustracją nad własną przeszłością, aby móc ją w pełni zaakceptować, rozliczyć, przyznać się do pomyłek i błędów, i nie zatrzymując się już dłużej nad tym co było i nie wróci już, móc z nową siłą i entuzjazmem otwierać się na to, co Pan Bóg postawi przede mną.

          Myślę sobie, że będzie to już ostatni list w tej formie. Rzeczywistość, która wokół, straciła swoją pierwotną egzotykę i stała się moją codziennością. Na pewno nie przestanie ona zaskakiwać swoją oryginalnością, ale nie będą to już zaskoczenia dla gringo, który co dopiero przybył na Dziki Zachód. Zresztą pojawiły się ostatnio propozycje, zresztą już zaakceptowane, aby w innej formie dzielić się z tym co wokół mnie i tym co wewnątrz mnie. Okres warszawski zaowocował ciekawymi znajomościami i oto zostałem wciągnięty do współtworzenia działu Opinie na duchowy.pl, portalu internetowego zaangażowanego w realizację projektu „Misja Miast – Ewangelizacja Warszawy”. Jestem pod wrażeniem pierwszych inicjatyw młodych ludzi skupionych w tym projekcie: 100 000 egzemplarzy darmowego Niecodziennika wydanego z okazji rozpoczynającego się Wielkiego Postu i rozdawanego w Środę Popielcową na stacjach metra stolicy, przed wejściem do galerii handlowych i w innych miejscach stolicy. Coś takiego jest zastrzykiem pozytywnej energii i wyrywa z marazmu. I tylko życzyć: oby tak dalej!
                      

          Pan Bóg ciągle mi przypomina o swojej obecności i zsyła osoby, które zarażają swoją wiarą, entuzjazmem, zaufaniem. Dominika – jedna z wolontariuszek z Montero, która przybyła z krótką wizytą do Concepción powiedziała te znamienne słowa: mamy tutaj wodę, aby się umyć i jedzenia także nie brakuje... dzieciaki, którymi się zajmujemy dostarczają tak dużo radości. Czego jeszcze do szczęścia może brakować? Doris, wolontariuszka z Peru dodaje na swoim blogu: Jakie to uczucie gdy dostajesz tyle miłości, od ludzi których zaledwie poznałaś? Jak to jest gdy zostawiając tylu znajomych i przyjaciół i będąc tysiące kilometrów od nich bez możliwości zobaczenia okazuje się, że oni tam czekają na Twój powrót i bardzo za Tobą tęsknią, pamiętają, piszą i kochają? Czy to nie piękne? Tracąc zyskujesz... dając miłość dostajesz ją. Jak to jest doświadczać tego? Jak to jest? Cudnie. Jest cudnie.

 

          Lubimy narzekać... na czasy i na ludzi. Na kryzys w Kościele, na spadającą ilość powołań, na szalejący antyklerykalizm, na Palikota, na.... Tak, to wszystko prawda i wskazując na entuzjazm i zaangażowanie „małej trzódki” nie szukam jakiejś naiwnej nadziei, że wszystko jest wspaniałe. Nie zgodzę się jednak z prorokami wszędzie widzącymi zło i głoszącymi upadek cywilizacji człowieka, z tymi, którzy wręcz szukają masochistycznego zadowolenia z dolegliwości naszych czasów. Nasze czasy nie są ani gorsze, ani lepsze od tych, które były przed nami. Kościół zawsze borykał się z w wieloma problemami. Nic się nie zmieniło w tym względzie. Zresztą patrząc na najnowsze statystyki Kościoła wcale nie jest tak źle: w skali globalnej przybywa chrześcijan i wzrasta liczba kapłanów. Może nie powód do tego, aby święcić triumf, ale jednocześnie także wyraźne dane dla malkontentów, którzy wszędzie dostrzegają upadek chrześcijaństwa. Oczywiście wzrost liczby chrześcijan i kapłanów nie rozkłada się równomiernie: Afryka i Azja Południowo-Wschodnia – to obszary, gdzie obecnie najdynamiczniej rozwija się Kościół katolicki, natomiast katolików ubywa w Ameryce Północnej i w Europie. Jednakże i to żadna nowość. W II wieku najbardziej żywotne były Kościoły Azji Mniejszej. Tam działali św. Paweł, św. Jan i inni apostołowie. Kościół rozwijał się też dynamicznie w północnej Afryce. Obecnie na tamtych terenach chrześcijanie są w całkowitej mniejszości, a tam, gdzie kiedyś kwitły stolice biskupie, dziś mamy kamienie na piasku. Wiele lokalnych Kościołów umarło, ale przecież Kościół narodził się w innych miejscach, których istnienia w pierwszych wiekach nawet się nie domyślano. Nie ma więc co popadać w lękliwe narzekanie, ale trzeba podnieść głowę i przypomnieć sobie o ewangelicznych słowach: A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28,20).

          Powiem ci, jak powinieneś żeglować po wzburzonym morzu świata: z zawierzeniem i miłością dziecka, które wie, że jest drogie Ojcu i że ten nie umiałby pozo-stawić go samego, gdy nadchodzi niebezpieczeństwo (św. Teresa z Lisieux, Z listu do księdza Bellière'a). Czy jest w nas ten chrześcijański optymizm? Brat Moris Maurin, Mały Brat Jezusa mieszkający obecnie w Warszawie oceniając naszą polską pobożność pisze: Podziwiam waszą wiarę, podziwiam wiarę prostych ludzi. Jest jednak coś, czego mi tutaj nieco brakuje. Czasem brakuje mi zachwytu Jezusem. Brakuje mi potrzeby, by wracać cały czas do Jezusa. Podziwiam tę wierność w chodzeniu do kościoła, w wypełnianiu przepisów i tradycji, pojawia się jednak maleńkie pytanie: gdzie jest w tym wszystkim Pan Jezus? Oczywiście, nie mam prawa nikogo sądzić i nie chcę tego robić. Zauważam po prostu, iż ludzie są bardzo przyzwyczajeni do tego, że są katolikami, ale czasami nie czuję obecności Jezusa. Nawet w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu, gdy Pan Jezus jest ukazany w tej błyszczącej z daleka monstrancji, cały czas śpiewamy, są litanie, różańce... Brakuje mi wtedy prostego trwania przed Jezusem, milczenia, zwykłego patrzenia na Niego, medytowania Ewangelii, powrotu do Jego słów, zachwycania się nimi.

 


W refleksji tej jest zawarte pytanie o nasze świadectwo, o naszą wiarę i o naszą miłość. To nie ateizm jest groźny dla chrześcijaństwa, nie Palikot, Biedroń lub Grodzki/a. Od zawsze, od samego początku Kościoła - odkąd prawie wszyscy apostołowie uciekli spod krzyża, na którym umierał Jezus, a Piotr wyparł się trzykrotnie mistrza - największym zagrożeniem dla chrześcijaństwa są sami chrześcijanie. Zarówno biskupi z księżmi, jak i wierni świeccy. To my sami oddajemy pole światowi, konsumpcji i bezideowości, to my wciąż nie potrafimy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak skutecznie nieść dzisiejszemu zmieniającemu się światu orędzie miłości, nie rezygnując przy tym z istotnych elementów naszej wiary. Naszym poważnym problemem jest bycie solą ziemi i światłem świata.

Otrzymałem dekret prowincjała przypominający o naszym franciszkańskim ślubie ubóstwa. Nie tak dawno wpadł mi także w ręce list abp. Józefa Michalika z listopada 2010 r: zatytułowany „Ubóstwo kapłana realizacją Ewangelii”, a w nim znamienne słowa: Ubóstwo jest zaleceniem Chrystusa, które odnosi się do wszystkich chrześcijan, ale cechować powinno szczególnie głosiciela ewangelii, bo ono weryfikuje niejako bezinteresowność naszej posługi. Mamy prawo do zapracowanej „strawy" ale do niczego więcej. Każdy z nas w życiu szuka szczęścia i realizacji, jednakże zbyt często zapominamy o prostej prawdzie, że najpiękniejsze chwile w życiu nie mają nic wspólnego z pieniędzmi. Spotkanie z tymi, którzy mniej od nas mają pomaga wrócić nam na właściwe tory i przerwać wyścig szczurów prowadzący ku przepaści.

Pod koniec stycznia pojechałem z ministrantami na jednodniowy dzień skupienia do malutkiej wioski San Isidro. Przepiękna okolica z niewielkim wodospadem. Poprzedni lider wioski przywitał nas z nieukrywaną radością, natomiast aktualny oprowadził mnie po okolicy. Z ministrantami wspólna modlitwa, a później zabawa i przygotowywanie posiłku. Do naszej grupy przybyłej z Concepción dołączyła się trójka miejscowych dzieci, których ubóstwo bez trudu było rozpoznawalne. I oto ministranci z niebogatego Concepción zobaczyli, że istnieją osoby jeszcze bardzie ubogie: zaprosili do wspólnej zabawy i do posiłku. Zawsze bowiem jest ktoś, z kim możemy podzielić się tym co mamy – nawet chlebem, jeżeli na nic więcej nas nie stać. Zapytałem dziewczynkę o rodziców, o to gdzie mieszkają i co robią. Onieśmielona powiedziała, że rodzice pracują teraz w polu, a ona zajmuje się młodszym rodzeństwem. Zbliżała się godzina powrotu i dziewczynka nagle zniknęła. Nie przejmowaliśmy się jednak jej odejściem, gdyż przecież to był jej teren. Jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy nagle pojawił się wśród nas ojciec tych trojga dzieci z workiem pełnym kukurydzianych kolb. W ten sposób pragnął wyrazić wdzięczność za zainteresowanie i za przygarnięcie dzieciaków. Sam ubogi podzielił się swoim bogactwem.

Po powrocie do domu zamieściłem zdjęcia z wycieczki w internecie. Moja znajoma z Włoch, Clara, była zaskoczona warunkami w jakich żyją tutejsi ludzie. Tak, to prawda, jest uboga. Jest jednak bogactwo, o którym być może my już zapominamy.

Myślę o tym wyjeździe. 20 dzieciaków na pace naszej klasztornej furgonetki, a ja bez boliwijskiego prawa jazdy. Sanepid w Europie na pewno byłby zainteresowany sposobem przygotowania posiłku. Dzieci skaczące do brudnej wody, pełnej gliny i mułu spływającego w tym czasie pory deszczowej. Ale radość i szczęście. Najpiękniejsze chwile w życiu na prawdę nie mają nic wspólnego z pieniędzmi.

       Boliwia. W przedziwnym kraju przyszło mi żyć. Próbując jakoś uregulować kwestie prawne zapisałem się na kurs prawa jazdy. Niestety, polskie i europejskie prawo jazdy jest tutaj nieuznawane i zmuszony jestem na nowo przejść szkolenie i egzamin. Czy można jednak w jakikolwiek sposób porównywać tutejszą rzeczywistość do tej znanej nam z Polski lub z Europy? Kurs trwał dokładnie 6 godzin (!) – trzy dni w tygodniu po dwie godziny – i uczestniczyli w nim wszyscy, którzy zapragnęli uregulować swój dawny status kierowcy. Stąd też w kursie uczestniczyli starzy taksówkarze i inne osoby przyjeżdżające na zajęcia własnymi samochodami. Sam kurs ograniczył się do kilku zabaw, żartobliwych dygresji oraz pokazania filmów przedstawiających dramatyczne skutki niedostosowania się do przepisów ruchu drogowego: sceny z wypadków, w których obfitowały drastyczne obrazy nie wskazane dla wrażliwych i delikatnych osób. Nie wiem jednak czy metoda okazała się w pełni skuteczna, gdyż obrazy zmiażdżonych ciał, otwartych czaszek i innych nieszczęśliwych skutków braku wyobraźni, wywoływały raczej gromki śmiech wśród uczestników. (Być może śmiech ten był jednak tylko sposobem na odreagowanie silnego stresu?).

W kursie na prawo jazdy, które zostało zorganizowane w niewielkim Concepción uczestniczyło kilkaset osób. Tak wysoka frekwencja ma swoje uzasadnienie w aktualnej polityce rządu pragnącęgo uporządkować dotychczasowy bałagan prawny i zaprowadzić uregulowania prawne tam, gdzie do tej pory funkcjonowała „wolna amerykanka”. Można by określić ten okres jako przejściowy, w którym ze stanu anarchii i dominującej korupcji pragnie się przejść do porządku prawnego. W praktyce jednak powstał jeszcze większy chaos niż wcześniej, szczególnie dotkliwy dla przywykłego do ładu Europejczyka. Urzędnicy są zagubieni, pojawia się mnóstwo sprzeczności, biurokracja kwitnie. Ten stan zawieszenia dotknął zresztą nie tylko tutejszej administracji państwowej, ale także Wikariatu, w którym aktualnie pracuję. Tutejszy Kościół dotychczasowo funkcjonował w oparciu o pomoc materialną płynącą z zewnątrz, głównie z Niemiec. Kościół ten jednak musi obecnie szukać innych form finansowania i iść w kierunku autonomii i niezależności. Jest to trudny i bolesny proces. Została bowiem rozbudowana struktura materialna, którą teraz bardzo trudno utrzymać. Pojawiają się napięcia związane z podjęciem trudnych i często niepopularnych decyzji. Sytuacja w jakiej znalazł się biskup Antoni na pewno nie jest do pozazdroszczenia. Optymizmem napawa fakt, że Kościół ten jest bardzo młody i pomimo trudności rozwija się. W ostatnim czasie dwóch seminarzystów: Adalid i Samuel otrzymało święcenia diakonatu, natomiast diakon Robert otrzymał święcenia kapłańskie. To znak nadziei na przyszłość.

Blaski i cienie, radości i smutki – normalna rzeczywistość codziennego życia. Przeżywane co prawda w innym kontekście kulturowym, ale nie ma takiego miejsca na ziemi, gdzie człowiek byłby wolny od tego wszystkiego co związane jest z naszym ludzkim losem. Boliwia jest specyficzna i czasami ta jej specyfika może wyprowadzić z równowagi, ale czyż specyficzna w swojej oryginalności nie jest także i nasza ukochana Polska?

Przyszło nam Polakom żyć na styku Wschodu i Zachodu. Kulturowo należymy do cywilizacji zachodniej, ale w sferze emocjonalnej bliżej nam chyba do wrażliwości wschodniej. To rozdarcie między dwoma kulturami i cywilizacjami dotknęło chyba każdego z nas indywidualnie i dlatego tak dużo w nas wewnętrznych sporów, napięć, niezrozumienia. Aby wyjść z tej sytuacji wewnętrznego rozdarcia musimy pokochać naszą oryginalność, zaakceptować ją, być z niej dumni, a nie starać się za wszelką cenę naśladować innych. Jest w nas dużo piękna, a o naszej oryginalności świadczy choćby to, że w naszym kraju wiele rzeczy dzieje się na odwrót: lewica popierana jest przez bogatych, a biedni głosują na prawicę; w okresie Romantyzmu na świecie obalano państwa, a Polacy marzyli o stworzeniu swojego. I jak tu nie być dumnym z polskości – dzięki niej jesteśmy inni.

Dużo myślałem ostatnio o tym co burzy jedność między ludźmi, a szczególnie o tym co burzy jedność w naszych strukturach kościelnych. Wydaje mi się, że zaciążyły nad nami skutki nieszczęścia wieży Babel: brakuje nam zrozumienia i języka dzięki któremu moglibyśmy się porozumieć. Wszyscy czujemy i przeżywamy to samo. Każdy z nas pragnie wybudować Bogu wspaniały gmach, ale różnice językowe są tak duże, że trudno nam jest zjednoczyć siły. Młodzi nie rozumieją starszych, starsi nie rozumieją młodszych; „tradsi” nie rozumieją „neonów”, a „neoni” nie rozumieją „tradsi”.

Dużo podróżowałem po świecie. Pamiętam moją pierwszą podróż do Włoch i zabawną sytuację wynikającą z mojej ówczesnej nieznajomości języka włoskiego. Zamieszkałem w naszym franciszkańskim klasztorze w Marigliano. Chciałem wysłać list do rodziny i poprosiłem jednego z włoskich współbraci o kopertę starając się, aby zabrzmiało to jak najbardziej italiano. Mocno zdziwiony współbrat – pełnia lata i afrykański upał – przyniósł mi wtedy koc (it. coperta). Coś podobnego jest między nami. W naszych rozmowach operujemy różny-mi systemami pojęciowymi i dochodzi do wzajemnych konfliktów, które swe źródło mają jednak nie w złej woli, a jedynie w niezrozumieniu treści pojęciowej wypowiadanych słów. To tak jakbym próbował oskarżyć o mówienie nieprawdy Anglika, tylko dlatego, że używa on niezrozumiałego dla mnie języka. Słowa ludzkie ewoluują i nabierają innych znaczeń. Słowo «symbol» posiada dziś całkiem inną wartość semantyczną, niż miało ono w okresie patrystycznym Kościoła. Zresztą nie trzeba czekać stuleci, aby coś zmieniło swoje znaczenie. Dla mnie osobiście wyrażenie «zajebiście» jest wulgaryzmem, a w żargonie współczesnej młodzieży jest określeniem wyrażającym podziw. Z wykładów na PIL-u pamiętam jak trudną sztuką jest tłumaczenie tekstów liturgicznych. Należy zachować wierność wobec oryginału i przekazać treść w zrozumiałym dla odbiorcy języku. To samo zresztą dotyczy tekstów biblijnych: uczynić zrozumiałym dla odbiorcy słowo, które zostało spinane w innym kontekście społecznym i kulturowym.

Mówi się, że kryzys współczesnego Kościoła w Europie zaczął się od kartezjańskiego Cogito ergo sum i subiektywizmu poznawania. Czy czasem jednak proces ten nie zaczął się już wcześniej, czyli w momencie kiedy przyjęto racjonalizm arystotelesowski jako uprzywilejowany język zachodniej teologii. Język pełen poezji i mistycznego poznania Ojców Kościoła został zastąpiony systemem racjonalnych pojęć w imię bezsprzecznie słusznej formuły teologicznej św. Anzelma z Canterbury fides querens intellectum. Próbowano uchronić świat przed niebezpieczeństwem subiektywizmu ludzkich uczuć, wskazując racjonalnie na Boga, jako na ostateczne źródło prawdy i poznania. Rozum ludzki w niedalekiej przyszłości zapragnął jednak większej autonomii i odszedł od Boga, wchodząc na drogę, która zaprowadziła go do subiektywizmu i w konsekwencji do relatywizmu. Renesans nie był przeciwwagą dla Średniowiecza; Renesans jest dzieckiem Średniowiecza i przyjętej w późnym Średniowieczu przez Kościół opcji budowania doktryny w oparciu o filozofię arystotelesowską. Stąd Kartezjusz, encyklopedyści, iluminizm, modernizm, postmodernizm.

Sobór Watykański II dostrzegając kryzys dominującego w kulturze i w chrześcijaństwie systemu myślowego postanowił powrócić do języka patrystycznego. To, że w bardzo wielu przypadkach kryzys jeszcze bardziej się pogłębił wynika jednak nie z założeń soborowych, a jedynie z braku odpowiedniego przygotowania i zrozumienia systemu myśli patrystycznej wśród współczesnych chrześcijan. Nadal funkcjonuje myślenie racjonalistyczne: materia, forma... itd. Nastąpiło więc zderzenie i nieuchronny konflikt między językiem za którym postulował Sobór, a odziedziczonych systemem myśli i światem pojęć.

To jaki system myślenia przyjmiemy posiada poważne konsekwencje praktyczne dotyczące naszego sposobu przedstawiania wiary i kwestii bezpośrednio związanych z wiarą. Jako przykład podam problemy dotyczące sakramentu małżeństwa i etyki seksualnej. Broniąc stanowiska Kościoła w oparciu o wizję tomistyczną będziemy przede wszystkim wskazywać na czynniki mające swe źródło w naturze: dobro małżonków, dobro potomstwa, kwestie psychologiczne optujące za monogamią, niebezpieczeństwa medyczne wynikające z antykoncepcji... itd., itp. Jest to wszystko prawda, gdyż natura, którą Bóg stworzył nie może przeczyć swemu Stwórcy. Jednakże człowiek może przechytrzyć naturę i, co więcej, często pozornie ją przechytrza (natura jednak wcześniej czy później upomni się o swoje prawa). Dodatkowo człowiek na każdy z tych argumentów, znajdzie setki «racjonalnych» kontrargumentów: brak miłości w rodzinie, brak odpowiednich środków materialnych do godnego wychowania dzieci, itd. Wizja oparta na myśli patrystycznej podkreślać będzie wymiar teologiczny związku mężczyzny i kobiety: człowiek po chrzcie nie należy już do rzeczywistości tego świata, jest nowym stworzeniem, jest sakramentem, czyli znakiem rzeczywistości nadprzyrodzonej, jego ojczyzną jest niebo. Związek małżeński jest sakramentem, czyli znakiem przymierza Boga z ludzkością, Chrystusa ze swą Oblubienicą – Kościołem. Podobnie jak Chrystus nie może odejść od Kościoła, tak samo związek małżeński jest nierozdzielny. I nie jest to jakaś symbolika w potocznym rozumieniu słowa „symbol”, lecz RZECZYWISTOŚĆ ontologiczna nowego stworzenia. Nie żyję ja, lecz żyje we mnie Chrystus... (Ga 2,20): chyba jednak niedostatecznie rozumiemy w swym realizmie to stwierdzenie św. Pawła. Jeśli traktować rzecz serio, to traktowanie sakramentu małżeństwa w tej optyce oznacza znacznie więcej, niż tylko to, że „małżeństwo jest nierozerwalne”. To oznacza, że małżeństwo jest udziałem w całym życiu Chrystusa, także w Chrystusowej męce (i nie mam tu na myśli takiego popularno-duszpasterskiego ględzenia pt. „musisz nieść swój krzyż, bo jak to wygląda, żeby się katolik rozwodził”). To jest ta trudna mowa, którą usłyszawszy uczniowie w Ewangelii mówią, że lepiej się nie żenić, jeśli tak sprawa się ma, a Jan Paweł II mówi, że małżeństwo jest drogą świętości nawet jeśli jest drogą krzyżową... Niestety nieczęsto mówi się w Kościele w ten sposób.

Osobiście uważam, że drogą wyjścia z kryzysu jest system wskazany przez Sobór. Musi on być jednak przyswojony przez chrześcijan, a to wymaga wysiłku i przeobrażenia naszego sposobu myślenia. Dlatego też – próbując zrozumieć słuszne niezadowolenie – zdecydowanie odcinam się od tendencji związanych z ruchami tzw. tradycjonalistów. To, że ruchy te dzisiaj tak bardzo się uaktywniły odczytuję w kluczu pewnej historycznej prawidłowości. Historia wskazuje, że mniej wiecej 50 lat po ważnych wydarzeniach nasilają się ruchy negujące samo wydarzenie i nawołujące do powrotu do poprzedniego stanu. W 361 r – a więc ok. 50 lat po Edykcie w Mediolanie – cesarzem zostaje Julian Apostata. W 1033 roku na tronie polskim zasiada Bolesław Zapomniany i mamy chwilowy powrót do pogaństwa. Mniej więcej w drugim pokoleniu następuje chwilowa kontestacja i być może także i teraz mamy do czynienia z chwilową reakcją pełną buntu wobec linii nakreślonej przez Vaticanum II? Nie należy jednak dzielić historii Kościoła na czasy sprzed i po Soborze, podobnie jak historii chrześcijaństwa nie można dzielić na przed i po Edykcie Mediolańskim. W całej historii ludzkości istnieje tylko jedno wydarzenie, które przekształca losy świata i zmienia rachubę naszych kalendarzy. Jest nim przyjście na świat Zbawiciela.

Dużo ostatnio piszę. Wspomniałem już o zaangażowaniu na portalu duchowy.pl, ale także na nowo zacząłem pisać poważniejsze artykuły naukowe. Dwa z nich ukazały się już w biuletynie Anamnesis, a kolejne czekają w kolejce na publikację na łamach innych czasopism teologicznych. Zostałem poproszony, aby być recenzentem zewnętrznym krakowskiego Ruchu Biblijno-Liturgicznego i otrzymałem kilka bardzo dobrych recenzji mojej wcześniejszej pracy. Pojawia się jednak pytanie: czy jest to autentyczne zaangażowanie w dziele budowania Królestwa Bożego czy też jednak buduję tylko siebie samego? Istnieje w człowieku realne niebezpieczeństwo grzechu pychy i budowania jedynie własnego „ego”. Jest prawdą to co napisał o. Mieczysław Łusiak SJ Wszyscy mamy skłonność do wywyższania się, bo rodzimy się bez poczucia własnej wartości i dopiero w ciągu życia, z pomocą innych, budujemy w sobie to poczucie. Jeśli otaczający nas ludzie nie potrafią nam pokazać naszej wartości, to pojawiają się w nas kompleksy, a w ślad za nimi skłonność do wywyższania się. Tymczasem w oczach Bożych jesteśmy bezcenni już z chwilą poczęcia. Jezus, obejmując dziecko, chciał nam powiedzieć, że nie musimy zdobywać wartości - mamy ją od zawsze. Zamiast wywyższać się, spójrzmy na siebie Bożymi oczami. Kto patrzy na siebie po Bożemu, ten nie ma powodu, by się wywyższać. A Marcin Gajda dodatkowo wskazał na cztery aspiracje ludzi, o których mówi się, że mają niskie poczucie wartości:

1. Wszystko musi mi wychodzić
2. Wszyscy powinni mnie lubić i szanować
3. Wszystko powinno iść po mojej myśli
4. Każdy człowiek powinien myśleć i działać zgodnie z tym, co ja uważam.

Nie ulega wątpliwości, że uśmiech, dobre słowo, serdeczność o wiele więcej znaczą niż napisane książki i zdobyte tytuły naukowe. Zacząłem pisać, ale cieszy także pustka i pozorny brak zaangażowania. To właśnie chwile ciszy pozwalają doświadczyć prawdy o tym, że tylko Bóg i jego miłość w pełni mogą wypełnić serce człowieka. My ciągle szukamy czegoś co nas nasyci i nakarmi: praca, zaangażowanie, budowanie, pisanie, znajomości... Boimy się ciszy, samotności i nic nie robienia. Sam zastanawiam się teraz czego szukam w moim zaangażowaniu: realizacji Bożego planu czy też siebie samego (tego, aby ludzie o mnie mówili i aby moje własne poczucie wartości było zaspokojone).

Bóg czasami zabiera wszystko, aby dać całkowicie siebie i aby już nic człowieka nie rozpraszało. Jest to Franciszkowe: Bóg moj i wszystko moje. I tego może nauczyć cisza, której można znaleźć w sercu amazońskiej puszczy. O tym tak pięknie Beata Pawlikowska w „Teorii bezwzględności”:

          Po raz pierwszy poczułam to podczas kolejnej wyprawy do puszczy amazońskiej. Od kilku dni płynęłam po rzece. Plusk wioseł, nieruchome, zielone ściany dżungli i zaskakująco ogromna cisza. Była zupełnie inna od miejskiej ciszy. Takiej, w której słyszy się własne kroki na chodniku. Nawet w środku nocy w zupełnie pustym mieście cisza jest dziwnie stłumiona, jak gdyby została ściśnięta i wpasowana między mury domów. To jest cisza dziwnie ograniczona, duszna i pozbawiona swobody. Jej zniewolenie polega na tym, że w każdej chwili może zostać rozerwana krzykiem, hałasem, strzałem, klaksonem.

          Cisza w dżungli jest zupełnie inna. Jest otwarta, swobodna i niczym nie ograniczona. Jest tak wielka, że mieszczą się w niej rozmaite drobne dźwięki, które nie zakłócają jej, ale wprost przeciwnie – wypełniają ją i nadają jej dodatkowy wymiar i sens.

          W tej amazońskiej ciszy słychać skomlenie tukanów i krzyk papugi, przeciągłe trzaskotanie cykad, gwizd ptaka, plusk wody, chrząkanie amazońskich wydr i trzepotanie skrzydeł motyla. To jest cisza, której człowiek bez namysłu może się poddać, chłonąć ją całym sobą, stopić się z nią w jedność, obudzić i zasnąć na nowo. Dzieje się tak dlatego, że jest to cisza spokojna i bezpieczna. Nawet jeśli w dżungli polowanie właśnie rozpoczyna jaguar, nawet jeśli pająki ptaszniki stroszą sztywne włosy, a jadowity wąż zwiesza się ukradkiem z gałęzi, to zwierzęta podlegają tym samym prawom natury, co rzeka, pogoda i wiatr. Nie są obce. Nie są martwym przedmiotem wyprodukowanym w fabryce przez tłoczenie, ściskanie, zamrażanie i przypalanie. Nie zawierają w sobie żadnej syntetycznie wyprodukowanej substancji, żadnego naukowo skonstruowanego łańcucha pierwiastków, żadnego fałszu, podróbki czy sztucznie stworzonego elementu.

          Cisza w dżungli składa się wyłącznie z głosów natury i mimo że bywa bardzo głośna, jest ciszą doskonałą. Taką, w której ukojenia zaznają wszystkie zmysły i każda najmniejsza komórka ciała.

          Pewnego dnia płynęłam więc indiańskim czółnem po amazońskiej rzece i nagle uświadomiłam sobie, że kocham. Kocham wszystko, co mnie otacza, od przeciekającej łódki aż po bzyczące komary, dobierające się do mojej krwi. Nagle uświadomiłam sobie, że dotychczas nosiłam wewnątrz wieczny niepokój i gotowość na odparcie ataku. Miejska cisza nie przy-nosiła spokoju. W każdej chwili mogła pęknąć i skoczyć do gardła, razem z napastnikiem uzbrojonym w nóż albo rozbitą butelkę. W porównaniu z takimi miejskimi drapieżnikami, amazoński jaguar wydaje się mniej groźny i bardziej przewidywalny.

          W mieście nie można trwale i prawdziwie odpocząć, bo człowiek jest zawsze zniewolony własnym lękiem. Niebezpieczeństwa czyhają z każdej możliwej strony i nie ma im końca. Po prostu nigdy. Strach jest tak stale obecnym elementem, że człowiek nie jest w stanie wyobrazić sobie, że można żyć inaczej.

          W mieście strach unosi się w powietrzu i zaraża wszystkich, którzy nim oddychają. Strach przed burzą i tym, że deszcz zamoczy sufit, a wichura zerwie dach. Strach przed tym, co ktoś powiedział. Strach, że to co mówię, zostanie źle zrozumiane. Strach, że ktoś powie o mnie coś, co nie jest prawdą, a ludzie w to uwierzą. Strach przed urzędem podatkowym. Strach przed dyrektorem. Strach przed utratą pracy. Strach przed porażką. Strach przed oszustwem. Strach przed zjedzeniem czegoś trującego. Strach przed napadem. Strach przed kradzieżą. Strach przed egzaminem. Strach, że nie dam sobie rady. Strach, że mnie wyśmieją. Strach, że nie jestem wystarczająco dobra. Strach, że przejedzie mnie pijany kierowca. Strach, że nie zauważę nadjeżdżającego samochodu. Strach, że spadnę ze schodów. Strach, że zgubię pieniądze i dokumenty. Strach, że zapomnę o czymś ważnym. Strach, że ktoś mnie nie lubi. Strach, że będzie kryzys. Strach, że wzrośnie kurs dolara. Strach, że spadnie kurs dolara. Strach, że nie zdążę. Strach, że stracę. Strach, że przegram. Strach, że ludzie pomyślą, że jestem przegrany. Strach, że ktoś mnie zdradzi. Strach, że zostanę wykorzystany. Strach, że uwierzę w coś, co jest kłamstwem. Strach, że…

          To jest strach przenikający każdą myśl i emocję. Odruchowy, wpojony od urodzenia i od pokoleń. Prawie każdy człowiek naszej współczesnej cywilizacji nosi go w sobie. A świat codziennie przynosi kolejne potwierdzenia, że ten strach jest uzasadniony. Wystarczy otworzyć gazetę z nagłówkami krzyczącymi o przemocy, kłamstwie, fałszywych oskarżeniach, hipokryzji, wybuchu i wielu innych gwałtownych zdarzeniach.

          Miasto jest pełne zagrożeń, trzeba się więc przed nim bronić i oddzielić od zła, które go wypełnia. To zło pochodzi zarówno od instytucji, urzędów, polityków, ekonomistów, jak i zwykłych kieszonkowców, rabusiów, nieuczciwych sprzedawców czy pijanych kierowców. Naturalnie w mieście istnieje też wiele dobra i miło jest się z nim czasem zetknąć. Zło jest jednak realnym zagrożeniem, na które trzeba się odpowiednio uzbroić.

          Najbliższe otoczenia człowieka w naszej zachodniej cywilizacji nie daje mu poczucia bezpieczeństwa. Zmusza go do walki, do obrony swoich interesów, poglądów, pozycji, swojego dobytku, oszczędności, a czasem nawet życia. Atakuje tysiącem różnych bodźców – hałasem silników, brakiem miejsca, wiertarkami, koparkami, mrugającymi szyldami, hasłem z telewizji, reklamą najtańszego sklepu albo najnowszej torebki słynnego projektanta i setkami innych odgłosów, które wypełniają go od świtu do nocy.


           Nie jest to miejsce, z którym można stopić się w jedność albo zaczerpnąć z niego siły. Człowiek w mieście jest jak pinezka wciśnięta w asfalt przez but olbrzyma. Ma dostęp do świeżego powietrza, ale musi walczyć o przetrwanie. Miejska dżungla jest sto razy bardziej zabójcza niż dżungla amazońska.

          Kończąc życzę wam Drodzy Przyjaciele owocnego przeżywania świętego czasu łaski jakim jest Wielki Post, który to czas jest być może ostatnim nieskomercjalizowanym okresem w całym roku. Życzę Wam autentycznie chrześcijańskiej radości ze Zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią, piekłem i Szatanem. Chrystus zmartwychwstał! Prawdziwie Zmartwychwstał. Alleluja!

Z prośbą o modlitwę

Kasper M. Kaproń ofm

 

 

P.S. A poniżej moje dotychczasowe teksty z duchowy.pl. 

 

Mój Wielki Post…

(21 lutego 2012)

            40 dni trwał na ziemi potop i … wszystko zostało doszczętnie wygubione. Pozostał tylko Noe i to, co z nim było w arce (Rdz 7, 23). 40 lat Izraelici błąkali się po pustyni, zanim weszli do krainy opływającej w mleko i miód (por. Joz 5, 6-7). 40 dni pościł Jezus na pustyni i poczuł w końcu głód (por. Mt 4, 1-11). 40 dni trwa w Kościele liturgiczny okres Wielkiego Postu, który przygotowuje wiernych do przeżycia radości Zmartwychwstania Chrystusa.

            40 lat życia za mną. Gdzie jestem i jak daleko posunąłem się w mojej wędrówce do Ziemi Obiecanej? Czy pozwoliłem, aby oczyszczające wody Bożej łaski zniszczyły zło, które ciągle jeszcze tkwi we mnie? Czy jestem już przygotowany, aby osobiście przeżyć godzinę Paschy: moment śmierci i spotkania z Tym, który jest Zwycięzcą śmierci, piekła i szatana? Przede mną kolejny Wielki Post, pierwszy po przekroczeniu tej pełnej symboliki granicy 40 lat życia. Stąd też ta osobista refleksja i pytania, które domagają się ode mnie odpowiedzi.

            Wielki Post i święta Paschalne będę przeżywał z dala od rodzinnego kraju. Zresztą nie pierwszy już raz. Dziesięć lat pracy i pobytu we Włoszech oraz rozpoczęty drugi rok posługi na misjach w Boliwii bez wątpienia wywarły wpływ na mój sposób przeżywania wiary. Formacja teologiczna, a przede wszystkim pogłębiona wiedza w zakresie liturgii Kościoła, pomaga w odkrywaniu treści celebrowanej Tajemnicy. Jednakże myśląc o Wielkim Poście i o świętach Wielkiej Nocy ciągle wracam pamięcią do mocy, z jaką czas ten jest przeżywany w naszej polskiej rzeczywistości. Są to obrazy, słowa, dźwięki, zapachy i smaki, które jednoznacznie kojarzą mi się z charakterem tego czasu i stanowią o moim DNA. Środa Popielcowa kojarzy mi się z nastrojowym dźwiękiem organów, z melodią i ze słowami pieśni rozpoczynającej Mszę Świętą: Bądź mi litościw Boże nieskończony. Myśląc o Popielcu czuję smak prostej zupy ziemniaczanej: jedynego posiłku spożywanego w tym dniu w moim rodzinnym domu. Wielki Post to słowa i melodia: Gorzkie żale przybywajcie, serca nasze przenikajcie. / Rozpłyńcie się me źrenice, toczcie smutnych łez krynice, ale to także zmiany w pogodzie, które można było obserwować w drodze do kościoła w ciągu kolejnych tygodni tego czasu. Najpierw śnieg, który ustępował miejsca wiosennej chlapie i błotu pośniegowemu. A później pierwsze znaki budzącego się życia: delikatne promienie słońca, prymulki i inne wiosenne kwiaty, nieśmiałe zalążki liści, które niespodziewanie, w ciągu zaledwie jednej nocy, wybuchały zielenią, świadcząc o potędze odradzającego się życia. Czas Wielkiego Posty to także wspomnienie drobnych wyrzeczeń takich jak powstrzymywanie się od cukierków lub innych łakoci. A później Wielki Tydzień: zapach pasty do podłóg i generalnych porządków w domu; rosnąca rzeżucha na parapecie okna, która oczekiwała na gipsowego baranka; nasze ministranckie warty w kościele przy ciemnicy i grobie Pańskim oraz melodia Wielkanocnego Orędzia, która już wtedy wywoływała efekt „gęsiej skórki” na ciele młodego chłopaka. Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego to obowiązkowo nowa i biała koszula, bicie dzwonów, procesja rezurekcyjna o świcie i jedyny, niepowtarzalny smak wielkanocnego śniadania.

            Później w czasie studiów rzymskich uczyłem się o roli i znaczeniu języka pozawerbalnego w przekazie teologicznej treści. O sile i mocy tego przekazu, świadczy fakt, że dzisiaj nic nie pamiętam z kazań, które słyszałem w dzieciństwie i w młodości w okresie Wielkiego Postu. Jednakże treść i znaczenie rozpoczynającego się okresu, dzięki bogactwu rodzimej aury i tradycji, utkwiły mi głęboko w pamięci i mają wpływ na całe moje dzisiejsze życie. Jako chrześcijanie w Polsce jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji. Klimat i aura pomagają nam zrozumieć czym jest dokonująca się w sercu walka z naszymi pokusami i słabościami oraz czym jest zwycięstwo życia – wiosny – nad śmiercią. Tradycja i kultura pomagają nam w przeżyciu metanoi czyli nawrócenia i zmiany naszego myślenia. Mimo lat spędzonych we Włoszech, a teraz przeżywanych w prażącym słońcu tropiku, mój Wielki Post (choć ubogacony o nowe treści) nierozerwalnie łączy się z tym co wyniosłem z rodzinnego domu.

 

Cisza Nazaretu czy gwałtowny wicher Pięćdziesiątnicy?

(26 lutego 2012)

            Znany i lubiany przeze mnie publicysta Gościa Niedzielnego, Marcin Jakimowicz, napisał ostatnio artykuł do przeczytania którego skłoniło mnie zdjęcie przedstawiające dwóch moich współbraci we franciszkańskim habicie. Wiosen mojego życia nie mierzy się już na „naście”, ale chyba na tyle już zdążyłem przesiąknąć kulturą obrazkową, że najprawdopodobniej bez tego zdjęcia, tekst artykułu mógłby zostać przeze mnie niezauważonym. Artykuł pod wdzięcznym tytułem Nowa nauka z mocą przedstawia działającą przy naszym franciszkańskim klasztorze w Cieszynie Szkołę Nowej Ewangelizacji. W szerszym kontekście poruszony został problem współczesnych form ewangelizacyjnych: Jak głosić Dobrą Nowinę w epoce Pepsi Coli? Metodą Pepsi, czyli: Permanentnie, Progresywnie, Systematycznie i Integralnie. Stąd też idee happeningów, autostopowiczowego łapania kierowców lub też wręczanie siedzącym w knajpie przy kuflu z piwem baloników z napisem „Świat potrzebuje Chrystusa”.

            Sposoby te, nie należą do konwencjonalnych i na pewno nie każdy z nas potrafiłby w podobny sposób wyjść do świata z orędziem Ewangelii. Niektórzy z nas byliby mało naturalni, sztywni i groteskowi, gdyby przyszło im zaczepiać ludzi w tramwajach, w autobusach lub na ulicach miast i wręczać im ulotki zachęcające do uczestnictwa w wielkopostnych rekolekcjach. Nie wszyscy po prostu mają to „coś” w sobie. Ksiądz Jacek Stryczek potrafi wystawić konfesjonał przed wejściem do krakowskiej galerii handlowej, lecz inny kapłan nigdy na coś podobnego się nie zdobędzie: będzie za to trwał wiernie ukryty za kratkami podobnego konfesjonału. Czy jednak można od razu klasyfikować działania à la Stryczek, jako głośne, wybuchowe, jednorazowe i nie posiadające adekwatnego przełożenia do chrześcijańskiej codzienności? Czy anonimowy ksiądz czekający w zamknięciu konfesjonału może być uznany jako osoba nieewangelizująca?

            Tekst Pana Jakimowicza odnalazłem kilka dni temu na jednym z portali społecznościowych w statusie bardzo znanego działacza i lidera katolickiego. Przy odnośniku do artykułu komentarz właściciela internetowego konta: W czasie rozmowy na stopie „zdążyli oddać żyje Jezusowi”. „Przez 10 dni doświadczał działania Ducha Świętego”. Etc., etc., etc. Takie podniecone teksty słyszę co najmniej od swych czasów szkolnych. Zawsze budziły moją ostrożność wieści o tych łatwych sukcesach „ewangelizacyjnych”. Myślę, że te akcje to wielki fun dla „ewangelizatorów”, którym nagle pozwala się wywracać wszystko dookoła, „bo jutro przyjdzie więcej ludzi do Komunii”. Jutro… Co się dzieje po miesiącu, już nie jest takie ważne w tych akcjach.

            Nie doszukuję się złych intencji u autora komentarza, którego uznaję jako osobę szczerze zatroskaną o los Kościoła katolickiego w Polsce. Myślę jednak, że jednym z poważniejszych problemów naszych wspólnot eklezjalnych (parafialnych, zakonnych, itp. ) jest brak autentycznej jedności (która nie niweluje różnić) oraz nieumiejętność dostrzeżenia dobra w działaniach osób obierających odmienną od mojej strategię działania. Mamy prawo nie odnajdywać się w duchowości i sposobie wyrażenia wiary jaką reprezentują na przykład członkowie Wspólnot Odnowy w Duchu Świętym – sam zaliczam się do takich osób – ale nie znaczy to, że ktoś drugi nie odnajdzie właśnie w tej wspólnocie osobistej drogi do Chrystusa.

            Święty Paweł Apostoł miał poważne problemy ze wspólnotą chrześcijan w Koryncie. We wspólnocie tej doszło do silnych napięć i podziałów; zaczęły tworzyć się frakcje i każda z nich zaczęła przekrzykiwać się w tym, która jest doskonalsza: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa (1 Kor 3, 4). Święty Paweł w bardzo ostrych słowach upomina mieszkających w Koryncie chrześcijan, wskazując, że Eucharystia – sakrament jedności – spożywana w tych warunkach nie służy ku zbawieniu, lecz przeciwnie, ku potępieniu (1 Kor 11, 17). Co więcej sakrament ten nie zaistnieje: Tak więc, gdy się zbieracie, nie ma u Was spożywania Wieczerzy Pańskiej (1 Kor 11, 20). Jednocześnie jednak św. Paweł używając obrazowego porównania do ciała ludzkiego wskazuje na różnorodność  rzeczywistości Kościoła: Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, a wszystkie członki ciała, mimo iż są liczne, stanowią jedno ciało, tak też jest i z Chrystusem. (…) Ciało bowiem to nie jeden członek, lecz liczne [członki]. Jeśliby noga powiedziała: «Ponieważ nie jestem ręką, nie należę do ciała» – czy wskutek tego rzeczywiście nie należy do ciała? Lub jeśliby ucho powiedziało: Ponieważ nie jestem okiem, nie należę do ciała – czyż nie należałoby do ciała? Gdyby całe ciało było wzrokiem, gdzież byłby słuch? Lub gdyby całe było słuchem, gdzież byłoby powonienie? Lecz Bóg, tak jak chciał, stworzył [różne] członki umieszczając każdy z nich w ciele. Gdyby całość była jednym członkiem, gdzież byłoby ciało? Tymczasem zaś wprawdzie liczne są członki, ale jedno ciało. (1 Kor 12, 12-30).

            W ciele ludzkim tak już jest, że niektóre organy w ciszy wykonują swoją ciężką pracę i gdy dają o sobie znać to wróży to raczej coś niedobrego. Nikt z nas nie lubi, gdy żołądek, trzustka, jelita lub serce, zbyt głośno przypominają o swoim istnieniu. Jednocześnie jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie zaneguje fundamentalnej roli tych narządów. Inne narządy natomiast dobrze jest czasami poczuć: myślę na przykład o mięśniach osoby aktywnej, których wysiłek przynieść może jedynie pożytek. To samo dotyczy tego żywego organizmu, którym jest Kościół. Członkowie zakonów kontemplacyjnych poprzez modlitwę dbają o to, aby nie zabrakło w Kościele życiodajnej energii; zaangażowani natomiast w czynnym apostolacie, ukazują światu prawdę o Bożej miłości. Nie przeciwstawiajmy sobie tych dwóch rzeczywistości, lecz wzajemnie troszczmy się o siebie. Zresztą wymiar Marty i Marty, wzajemnie uzupełniający się ma dotknąć także każdego z nas indywidualnie: puste okażą się ewangelizacyjne akcje, jeżeli biorący w nich udział chrześcijanie zapomną o modlitwie… osoby kontemplacyjne nigdy też nie zapominają o apostolacie, lecz w różnorodny sposób w dzieło to się włączają.

            Warto w tym miejscu zacytować św. Franciszka Salezego, który pięknie ukazał różnorodność misji i zadań w Kościele: Powiedz mi, proszę, Filoteo, czy byłoby rzeczą właściwą, gdyby biskupi zapragnęli żyć w samotności jak kartuzi, gdyby ludzie żonaci nie więcej starali się o powiększenie dóbr materialnych niż kapucyni, gdyby rzemieślnik cały dzień spędzał w kościele jak zakonnik, a znowu zakonnik był wystawiony na wszelkiego rodzaju spotkania i sprawy, jak ci, którzy zobowiązani są śpieszyć bliźnim z pomocą, na przykład biskup? Czyż taka pobożność nie byłaby śmieszna, nieuporządkowana i nieznośna? A tymczasem tego rodzaju pomyłki i nieporozumienia zdarzają się bardzo często. (Filotea czyli droga życia pobożnego, 1, 3)

            Dla jednych z nas Słowo Boże będzie ziarnem, które według ewangelicznej przypowieści należy siać, nie zważając nawet gdzie ono padnie. Co więcej osoby takie pozwolą, aby zostało ono wydziobane, zniszczone, zagłuszone… i tylko nieliczne z ziaren wydadzą plon. To ci, którzy nie boją się pójść do grzesznego świata, nie lękają się spotkać z osobami nawet wrogo nastawionymi do Kościoła. Inni z nas lepiej odnajdywać się będą w przypowieści o skarbie ukrytym w roli lub w przypowieści o drogocennej perle, którą należy pieczołowicie strzec. Przypowieści te znajdują się w jednym i tym samym, trzynastym rozdziale Ewangelii św. Mateusza. W Kościele zawsze będą nurty popularnie określane mianem progresistów: ludzi dbających o siłę i rozwój Ewangelii oraz nurty konserwatorskie, dbające o ortodoksję i wierność Tradycji. Dwa zdrowe płuca jednego organizmu. Nie przeciwstawiajmy więc ciszy Nazaretu, płomieniom i sile gwałtownego wiatru dnia Pięćdziesiątnicy.

 

I z czego tu się spowiadać?

(2 marca 2012)

            Trzeba oczyścić sumienie i wypadałoby pójść do spowiedzi. Jest przecież Wielki Post i od Środy Popielcowej rozbrzmiewa w naszych kościołach głos: Nawracajcie się (Mt 3,2). Dodatkowo także i z tego powodu, gdyż wypada wypełnić przepisany prawem kościelnym obowiązek wielkanocnej Komunii Świętej. A jak tu iść do Komunii jeżeli wcześniej człowiek się nie wyspowiada? Istnieje w nas jeszcze poczucie świętości, które mówi nam, że tak po prostu nie można.

            „Ojcze, zgrzeszyłem, gdyż źle myślałem i przeklinałem w duszy mojego szefa z pracy. Zgrzeszyłem, gdyż często zapominałem o modlitwie. Zgrzeszyłem, gdyż oglądałem nieprzyzwoite filmy. Zgrzeszyłem, gdyż nie uczestniczyłem w niedzielnej Eucharystii.”

            „Ojcze, oskarżam się przed tobą, że niezbyt poważnie wziąłem sobie do serca obowiązek obrony niewinnych i prześladowanych. Oskarżam się, że nie potrafię być – jak mi ukazał Jezus Chrystus – autentycznie ubogim i nie umiem dzielić się tym co posiadam, z tymi którzy nic nie mają: nie mają dachu nad głową, nie mają co do garnka włożyć, nie mają czym nakarmić swych dzieci, umierają z zimna na ławkach w parku. Oskarżam się przed tobą, że moim milczeniem i obojętnością przyzwalam na dokonująca się ciągle „rzeź niewiniątek”. Oskarżam się, że z obawy przed wyśmianiem przestałem być prorokiem, zapowiadającym nadejście nowej ziemi i nowego nieba. Oskarżam się, że spokojnie siedziałem sobie przed telewizorem i nie słyszałem próśb i błagań upokarzanych i wyśmiewanych. Oskarżam się, ojcze, że…”

            Nawrócić się i uwierzyć Ewangelii znaczy przyjąć ewangeliczny sposób myślenia i działania; znaczy uwierzyć, że jestem posłanym, aby ubogim nieść Dobrą Nowinę, więźniom głosić wolność, a niewidomym przejrzenie, aby uciśnionych odsyłać wolnymi i obwoływać rok łaski Pana (Łk 4, 18). Nawrócić się do Boga nie oznacza wcale mieć spokojnego sumienia, lecz wręcz przeciwnie: oznacza obudzić głos tego sumienia na każdy przejaw jawnej lub ukrytej niesprawiedliwości. W naszych czasach nagli obowiązek, byśmy stawali się bliźnimi każdego bez wyjątku człowieka i służyli czynnie spotkanemu, czy byłby to starzec opuszczony przez wszystkich, czy robotnik, bezpodstawnie pogardzany cudzoziemiec, czy wygnaniec, czy dziecko z nieprawego związku cierpiące niezasłużenie za grzech przez siebie nie popełniony, czy głodny, który apeluje do naszego sumienia, przypominając słowo Pańskie: „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili” (Mt 25,40). Ponadto wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, wysiłki w kierunku przymusu psychicznego; wszystko co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby: wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażając cywilizację ludzką, bardziej hańbą tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy, i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy. (Sobór Watykański II, Gaudium et Spes, n.27). W podobnych słowach Sobór przypomina obowiązek zaangażowania się chrześcijan na rzecz pokoju społecznego i międzynarodowego oraz obliguje nas, abyśmy przeciwstawili się wszelkim formom godzącym w godność osoby ludzkiej (GS 29); przypomina o obowiązku miłości i poszanowania tych, którzy w sprawach społecznych, politycznych lub nawet religijnych inaczej niż my myślą i postępują (GS 28). Sobór wzywa chrześcijan do podjęcia działań, aby wojny ze spraw ludzkich ostatecznie wyeliminowano (GS 79), gdyż mamy raz po raz, w dogodnej i niedogodnej dla siebie chwili przekazywać współczesnemu światu apostolskie wezwanie: „oto teraz czas sposobny”, by serce odmienić, „oto teraz czas zbawienia”. (GS 82).

            Niech każdy z nas zapyta się według jakiego schematu wygląda jego własny rachunek sumienia i spowiedź?

            Jezusowe kazanie na górze i zawarte w nim błogosławieństwa stanowią dla nas chrześcijan obowiązującą normę postępowania – swoisty kodeks chrześcijańskiej moralności. Przykazania Dekalogu należą do dawnej litery Prawa i przestrzeganie ich stanowi jakieś minimum, jakieś słabe „trzy z minusem” celem zaliczenia egzaminu z życia. Chrystus nie przyszedł znieść Prawa lub Proroków. Nie przyszedł znieść, ale je wypełnić – udoskonalić (Mt 5, 17). Dlatego też, pewnego dnia, usiadł na wierzchołku galilejskiego wzgórza i spoglądając na rzeszę osób spragnionych Jego słowa, zaczął nauczać: Jeśli chcesz być szczęśliwy musisz być ubogim, musisz łaknąć i pragnąć sprawiedliwości, musisz wprowadzać pokój, musisz przyjąć cierpienie, prześladowanie, kłamliwe i złe słowo… Jeśli chcesz być błogosławionym – jeżeli chcesz być jednym z moich – musisz wybrać drogę ośmiu błogosławieństw. Między chrześcijanami przeciętność jest grzechem.

            Bóg nie zadowala się ludźmi dobrymi. Chce mieć nas każdego dnia lepszymi. Chce, abyśmy przekraczali siebie i nasze ograniczenia, w pełni realizując nasze fundamentalne powołanie, którym jest powołanie do ŚWIĘTOŚCI: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty (Kpł 19, 2 ). Nie zadowalaj się moczeniem nóg po kostki w morskiej wodzie: wypłyń na głębie (Łk.5,4). Nie zadowalaj się spacerowaniem po górskich dolinach: zdobywaj szczyty.

            Wy jesteście solą ziemi i światłem świata (Mt 5, 13-16); Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien… (Mt 10, 37); Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych… (Mt 8, 22); Kto przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego (Łk 9,62).

 

O radościach boliwijskiej świnki…

(7 marca 2012)

            Czy w Wielkim Poście i na tak poważnym portalu jak duchowy.pl wypada pisać o tym popularnym zwierzęciu hodowlanym jakim jest domowa świnia? Spróbuję zachować powagę należną szanownemu audytorium.

            Zwykła codzienność misyjnego duszpasterstwa: do zgromadzonych wiernych w małej indiańskiej wiosce, uczestników liturgii Mszy Świętej, dołączył się mały prosiak. Popatrzył swymi oczyma na zebrane towarzystwo, pochrząkał z zadowoleniem i… poszedł dalej. Gdzieś tam zaczepił psa, z którym widocznie był w dobrych relacjach: najpierw pies pogonił świnkę, a później rolę się odwróciły. Po tej zabawie w łapanego obowiązkowa kąpiel w błocie oraz posiłek, którego podstawą były owoce bananowca. Cudowny obrazek: świnia zajadająca się bananami.

            Pomyślałem o naszych polskich zwierzętach stłoczonych w wielkich farmach hodowlanych. Od mojej znajomej, której tata prowadzi jedną z takich farm dowiedziałem się, że polskie świnki też nie powinny narzekać: o stałych porach dnia dostają treściwe pasze – i co więcej także jakieś dodatki w postaci odpadów z przemysłu cukierniczego. Są pulchniutkie i sprawiają wrażenie zadowolonych. Czy jednak radości hodowlanej farmy można porównać do wolności z jakiej cieszy się ich boliwijska krewna? Czy smak piegusków i delicji można porównać ze smakiem świeżego (sic! no, może lekko nadgniłego) banana?

            Świnia jak to świnia: los tego zwierzęcia jest wiadomy. Ta z polskiej farmy trafi do wielkiej i nowoczesnej rzeźni i w końcu – wzbogacona o środki konserwujące – do wielkanocnego koszyka. Ta moja z dużym prawdopodobieństwem pojawi się na talerzu, gdy przyjadę z kolejną wizytą do wioski w dniu święta patronalnego. I chyba nie w tym rzecz, aby zmieniać kulinarne nawyki i świąteczne tradycje. Chcę jedynie wskazać na istniejącą analogię między światem ludzi, a światem zwierząt: pójść drogą bajek Ezopa, La Fontaine, Krasickiego lub Folwarku zwierzęcego George’a Orwella.

            Szczycimy się naszą europejską kulturą i dumni jesteśmy z postępu wypracowanego siłą naszych rąk i wysiłkiem intelektu. Słowo postęp, podobnie jak wolność, równość, demokracja, stało się jednym z magicznych słów naszej tożsamości. Być może kataklizmy i wojny XX wieku zweryfikowały bezkrytyczny zachwyt w siłę i nieograniczone możliwości postępu, nadal jednak podświadomie wierzymy w wyższość europejskiej cywilizacji i w to, że uzbrojeni w rozum i inteligencję, potrafimy obronić się nawet przed tym, co sami wyprodukujemy.

            W 1943 roku w Paryżu Andrzej Bobkowski notował: „Postęp. Rozglądnąłem się po ulicy. Szereg kamienic, ulice – nawet ładne – ale gdy pomyśli się, że dziesiątki kilometrów kwadratowych, setki i tysiące, pokryte są tymi kamienicami, robi się niedobrze. Wielkie miasto, miasto olbrzym to też postęp. Postęp absurdalny. Ile godzin dziennie traci każdy mieszkaniec miasta na pójście do pracy i powrót z pracy? Pod ziemią dudni metro, w którym ludzie cisną się i pchają, i potrącają jadąc długie kwadranse w smrodzie i zaduchu. Potem na dworcach to samo, w pociągach podmiejskich to samo. Wracają do domów, w których z wyjątkiem mebli nic nie jest ich. Wstają rano i pędzą do pracy, z którą najczęściej nic ich nie wiąże, w którą nie wkładają ani cząstki z siebie. A nad wszystkim rozpościera się popielaty welon anonimowości. Nie wiesz, dla kogo pracujesz, nie znasz tych, od których zależysz, wypełniasz polecenia automatycznie, jesteś termitem, niczym. Szukało się w postępie wolności, znalazło się jeszcze gorsze kajdany, niżby je mógł nałożyć jakiś feudalny władca. Pędzimy naprzód ślepi, z głupią wiarą w postęp, z cielęcym zachwytem dla nowych zdobyczy techniki i dla pomysłu. Tam gdzieś na dnie kołacze się jeszcze cicho, jak skryte w lesie źródełko, myśl, ta prawdziwa i spokojna, ale coraz częściej przygłuszana grzmotem i ulewą pomysłów. Iluż ludzi żyje dziś myślą? Żyje się landrynkami gotowych odpowiedzi na wszystko, rozrzucanych wśród ogłupiałego tłumu.” (A. Bobkowski, Szkice piórkiem). Bobkowski był do szpiku kości Europejczykiem, przesiąkniętym europejską kulturą, przekonanym o jej wartości, przywiązanym do jej największych intelektualnych osiągnięć. A jednak w 1948 roku powiedział Europie «adieu» i wyniósł się do Gwatemali. Kulturze, która go stworzyła, zarzucił słabość.

            Czujemy się zagubieni i znudzeni. Stąd rodzą się jak grzyby po deszczu różnego rodzaju subkultury, sekty i ruchy starające się wyrwać nas ze smutku codziennej wegetacji, ukazujące inne sposoby na życie, obiecujące kilku «prawdziwych» przyjaciół, starające się dać odpowiedź na te kilka podstawowych pytań, nad którymi kiedyś dyskutowali filozofowie, a które dzisiaj zasypał deszcz pomysłów. Tak bardzo się zagubiliśmy, że szukając pomysłu na życie uciekamy się do coraz to mocniejszych wrażeń lub też w obrębie pseudoreligii szukamy zagubionej prawdy o sobie. Otaczamy się wieloma rzeczami, substytutami szczęścia, pozbawiając się często wolności.

            Prostota jest szczytem wyrafinowania. Tak podobno powiedział Leonardo Da Vinci i miał w tym sporo racji. Boliwijska świnka zajadająca się bananem to tylko obraz tej radości, której możemy nauczyć się od tych, którzy są mniej od nas skomplikowani. To, że Indianie z boliwijskiej dżungli nie potrafią obsługiwać komputera i nie nabyli wiedzy na miarę naszych uniwersytetów, nie znaczy, że nie posiedli mądrości życia, która mogłaby przyjść i nam z pomocą. Nie chodzi tutaj o bezkrytyczny i sentymentalny idealizm względem wszystkiego co nieskażone i pierwotne, gdyż także natura potrafi być brutalna. Czas jednak przypomnieć sobie o tych wartościach, które stanowią o naszym człowieczeństwie i o prawdzie, że zostaliśmy stworzeni na obraz Boga i tylko w Bogu – a nie w kolejnych nowinkach ze świata techniki i cywilizacji – znajdziemy nasze szczęście i prawdziwą radość. Wielki Post to dobry czas ku temu, aby pozbyć się kilku z tych niepotrzebnych gratów, ciuchów lub technicznych nowinek, które kupując próbowaliśmy zaspokoić głód spragnionego miłości serca i poszukać autentycznej radości życia tam, gdzie ona naprawdę się znajduje. Jedynie w Bogu spokój znajdzie dusza moja (Ps 62, 2).

 

Jeśli Pisma Świętego i nauczania Kościoła nie słuchają…

(13 marca 2012)

            Niespodzianki nie było. Dotychczasowy premier Rosji Władimir Putin (60 l.) w ostatnich wyborach prezydenckich zmiótł swoich rywali – oto jedno z wielu internetowych doniesień obwieszczający triumf Władimira Władimirowicza Putina. Oczywiście momentalnie pojawiły się różnego rodzaju komentarze i felietony wybitnych dziennikarzy i specjalistów od kwestii rosyjskich, jak również głosy zwykłych zjadaczy chleba. Mówi się o niedociągnięciach i wyborczych oszustwach oraz o tym, że Rosji daleko jeszcze do współczesnych standardów demokracji. Nigdy nie byłem w Rosji i nie znam tego kraju. Nie mi więc wypowiadać się o złożoności problemu. Intuicja podpowiada mi jednak, że pomimo licznych niedociągnięć i manipulacji, to jednak trudno mówić o stu procentowym fałszerstwie wyborczym. Rosjanie wybrali Putina, gdyż jako naród z nim się identyfikują. Dostrzegają w nim uosobienie idei silnej Rosji i osobę, która broni skutecznie na arenie międzynarodowej strategicznej i mocarstwowej pozycji ich kraju. Czyż podobnego zachowania nie oczekiwalibyśmy także od naszych polskich polityków?

            Nie chcę jednak pisać tutaj o polityce, a jedynie zaznaczyć pewien problem. Śmiejemy się z rosyjskiej demokracji: czy jednak sami umiemy umiejętnie korzystać z trudnego daru wolności? Czy jesteśmy dojrzali do podejmowania trudnych i wymagających decyzji? A może nieustannie poszukujemy kogoś, kto za nas zdecyduje, wytyczy drogę i wskaże kierunek marszu? Popularność takich postaci jak ks. Natanek lub Pan Cejrowski, mówią nam, że jest zapotrzebowanie w społeczeństwie na postaci jednoznaczne; na osoby, które potrafią otwarcie i odważnie wyrażać swoje przekonania i poglądy; które potrafią często iść pod prąd obiegowym opiniom i przyjętym standardom. Stąd ich siła i popularność, stąd ich medialne sukcesy.

            Jako wierni w Kościele narzekamy na brak jednoznacznych autorytetów. Nagminnie powtarzane są hasła, że po śmierci Jana Pawła II zabrakło w Kościele polskim osoby będącej dla wszystkich katolików głosem sumienia i drogowskazem na drogach codziennych wyborów. Czego jednak tak naprawdę chcemy? Wygody życia i tego, aby ciągle nas ktoś za rękę prowadził; tego, aby ktoś za nas się upominał i w naszym imieniu przypominał o wartości życia i godności osoby ludzkiej? A może już czas, abyśmy dojrzeli do prawdziwej wolności dziecka Bożego i sami stanęli do otwartej obrony tego co święte i fundamentalne. Czasami wydaje mi się, że jesteśmy jak biblijny bogacz z ewangelicznej przypowieści. Prosimy Pana Boga o to, aby ktoś z umarłych przyszedł i przypomniał nam o naszych obowiązkach, gdyż nie potrafimy korzystać z całego bogactwa, które już posiadamy: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie uwierzą (Łk 16, 30).

            Pan Bóg nigdy nas nie opuścił. W chwilach, gdy ważyły się losy naszej narodowej i religijnej tożsamości zsyłał nam ludzi, którzy jak Mojżesz lub Jozue przeprowadzili nas przez Morze Czerwone i wprowadzili nas do Ziemi Obiecanej. Dziękujmy Bogu za dar opatrznościowych mężów jakimi byli kard. Stefan Wyszyński i Jan Paweł II. Po wejściu do upragnionej ojczyzny przed Izraelitami otwierał się jednak etap wytrwałej i ciężkiej pracy; okres ustawicznej obrony przed zagrożeniem tak zewnętrznym jak i wewnętrznym. Był to czas sędziów i królów, z których niektórzy bardzo niedomagali pod względem życia moralnego i religijnego: Dawid zamordował Uriasza celem zdobycia jego żony, a mądry Salomon znany jest ze swojej rozwiązłości. Również i my możemy narzekać, że obecni nasi duchowi przywódcy być może nie spełniają wszystkich pokładanych w nich nadziei i oczekiwań. Łatwo bowiem oskarżać i szukać przy tym usprawiedliwienia do własnej bierności i braku dojrzałości. Czas jednak nauczyć się żyć w prawdziwie chrześcijańskiej wolności i współpracując z darem otrzymanym w sakramencie bierzmowania, wsłuchując się w głos Pisma Świętego i w posłuszeństwie wobec Magisterium, włączyć się odpowiedzialnie w dzieło budowy Królestwa Bożego wśród nas.

 

Nie dla chrześcijan święty spokój... czyli tym razem o

mężczyznach w Biblii

(18 marca 2012)

(Prosi się, aby przytoczonych w tekście przykładów nie używać jako argumentów w kampanii za wydłużeniem wieku emerytalnego)

            Kobiety w Piśmie Świętym… Kobiety opisane w Biblii... Święte kobiety... Od Ewy do Marii Magdaleny... O niepokornych świętych kobietach... Zaroiło nam się ostatnio w katolickiej prasie i na katolickich portalach internetowych od tytułów i treści pełnych chrześcijańskiego feminizmu. Czyżby mężczyźni nagle zostali w tyle? Trzeba coś zrobić i upomnieć się o słuszne prawa tej zapominanej części ludzkiej populacji. Okazja ku temu dobra, gdyż zbliża się Uroczystość św. Józefa – milczącego, ale jednak ważnego bohatera biblijnych wydarzeń.

            W jaki sposób obchodził się Pan Bóg z wybranymi przez siebie mężczyznami i jakimi słowami można opisać pierwszoplanowe role męskie biblijnej historii zbawienia? Trzeba przyznać, że nie było im łatwo. Pan Bóg przyjął dosyć specyficzną strategię działania wobec tych, których wybierał (i ciągle wybiera). Weźmy przykładowo takiego Abrahama: „miał siedemdziesiąt pięć lat, gdy wyszedł z Charamu” (Rdz 12, 4). Możemy powiedzieć, że Abraham miał już prawo do zasłużonego odpoczynku i do tego, aby cieszyć się w owoców swojej pracy. Żył sobie spokojnie ze swoją żoną Sarą, miał sporo własnej służby i pokaźny dobytek w postaci licznych stad zwierząt. Nic tylko odpoczywać w cieniu palmy, popijając mleko z orzechów kokosowych i napawać wzrok obfitością bydła i bogactwem swego domu. A tu nagle głos Pana Boga: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej, i z domu twego ojca do kraju, który ci ukaże” (Rdz 12,1). Trzeba przyznać, że Pan Bóg ma poczucie humoru: siedemdziesięciopięcioletniego starszego już człowieka zmuszać do poważnego wysiłku. Ale cóż, Abraham posłuszny głosowi z nieba zostawia wszystko i rusza w nieznane. I Pan pobłogosławił Abrahamowi: Spójrz przed siebie i rozejrzyj się z tego miejsca na którym stoisz, na północ i na południe, na wschód i ku morzu; cały ten kraj, który widzisz daję tobie i twemu potomstwu na zawsze. Twoje zaś potomstwo uczynię licznym jak pył na ziemi... Spójrz na niebo ipolicz gwiazdy, jeśli zdołasz to uczynić; tak liczne będzie twoje potomstwo (Rdz 13, 14-15; 15, 5).

            Sytuacja z Mojżeszem jest podobna. Młodość co prawda durna i chmurna; bohater niczym Robin Hood lub Zorro. Wychowany na dworze faraona, wybiera postawę „rewolucjonisty” walczącego o prawa prześladowanych mniejszości. Broniąc okładanego kijami Hebrajczyka zabija Egipcjanina i zmuszony jest opuścić królewski pałac i ziemię, gdzie przyszedł na świat. Ale później przychodzi mała stabilizacja: osiedla się w kraju Madiamitów, poślubia Seforę, córkę Jetry, ma swój dom i swoje stada. A tu nagle głos z ognistego krzewu: „Idź przeto zaraz, oto posyłam cię do faraona, i wyprowadź mój lud, Izraelitów, z Egiptu (Wj 3,10). Mojżesz liczył sobie osiemdziesiąt lat (Wj 7,7), miał problemy z wymową i życie poukładane... trzeba wszystko zostawić i iść.

            Św. Józef z Nazaretu. Znamienne jest, że na kartach Pisma Św. nie wypowiedział, ani jednego słowa. Nie szukał rozgłosu dla siebie, chciał spokojnie żyć ze swoją małżonką Maryją, uczciwie zarabiając na chleb pracując w swoim małym warsztacie. Lecz Pan Bóg krzyżuje wszystkie jego plany. Najpierw niespodziewana ciąża ukochanej kobiety, a później głosy w czasie snu od których głowa pęka... Chyba nie o takim życiu marzył ten spokojny cieśla z Galilei? Pan Bóg naprawdę potrafi zaskoczyć wybierając momenty najmniej spodziewane i ludzi, wydawałoby się – najmniej odpowiednich. Nie zaznali świętego spokoju mężczyźni z biblijnych kart. Nie zaznali ich prorocy, ani apostołowie.

            Być może także nam, mężczyznom XXI wieku marzy się mała stabilizacja. Wygodny fotel, szklanica zimnego piwa, możliwość rozrzucenia skarpetek, pilot od telewizora i nie robienie nic... Być może pragniemy cieszyć się gromadką dzieci baraszkujących po pokoju i piękną żoną o figurze Angeliny Jolie prasującą koszule w ciszy domowego ogniska. A może pragniemy z dumą spoglądać na naszą małą lub większą firmę, rozrastającą się i dającą zatrudnienie coraz to większej grupie osób. Czujesz się szczęśliwy i zrealizowany. Spokojnie... nie ciesz się zbyt przedwcześnie. Nieważne ile masz lat: 30, 50 lub 80. Pan Bóg może zburzyć ci ten święty i upragniony spokój i powiedzieć: Zostaw wszystko co masz, weź swoją żonę i swoje dzieci i idź do kraju, który ci wskaże, gdyż tam właśnie ciebie potrzebuję. „Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć...”. (Łk 9, 57).

 

 

 

 

© CRT 2012