Urubichá, 24 maja 2013 r.
Drodzy Współbracia i Przyjaciele
Jeżeli ktoś chciałby określić moją parafię według uproszczonej, lecz jednak praktykowanej nomenklatury, mógłby powiedzieć, że jest ona dość konserwatywna. Zresztą podobnie jak cała lokalna społeczność. Trudno się temu dziwić biorąc pod uwagę geograficzne odizolowanie wioski: zagubiona w buszu boliwijskiej dżungli, oddalona o 40 km od najbliższego miasteczka, gdzie rozległe bagniska stanowią dodatkową zaporę. Lokalna społeczność nauczyła się więc żyć własnym rytmem wyznaczonym przez zwyczaje sięgające czasów początków ewangelizacji tych terenów, kiedy to łowieckie plemię Indian Guarayos osiedliło się dając początek wiosce i parafii. Powszechnie używanym jest tutaj miejscowy język guarayo: bez wątpienia bogactwo identyfikujące to plemię, ale jednocześnie trudność szczególnie dla pragnącej uczyć się młodzieży, która niestety przegrywa z rówieśnikami posługującymi się na codzień językiem hiszpańskim.
Aby doświadczyć w pełni wierności lokalnym tradycjom warto wejść do kościoła i przeżyć sprawowaną tutaj liturgię. Do tej pory istnieje wyraźny podział miejsc w świątyni: prawą stronę zajmują mężczyźni, lewą zaś kobiety; miejsca najbliżej ołtarza przeznaczone są dla dzieci, te zaś w tyle kościoła dla osób, które z różnych powodów nie mogą przystąpić do Komunii Świętej. W czasie Mszy Świętej, po słowach konsekracji, wierni – wzorem z przedsoborowych modlitewników – śpiewają w rodzimym języku uroczyste hymny, kapłan zaś półgłosem recytuje dalszy ciąg modlitwy eucharystycznej. Łacina w tej społeczności stanowi integralną część liturgii i nawet małe dzieci potrafią – choć oczywiście bez zrozumienia – odpowiedzieć na słowa modlitewnego versiculum lub responsorium. Uroczyste celebracje nie mogą obyć się bez akompaniamentu chóru i orkiestry, która wykonuje części stałe, w tym także Credo, czerpiąc z bogatego repertuaru baroku misyjnego redukcji jezuickich. Takiego akompaniamentu mogłaby pozazdrościć niejedna europejska katedra.
Przyszło mi więc pełnić rolę kustosza tej bogatej, choć zaledwie 150 letniej tradycji misji franciszkańskich wśród plemion Guarayos. Nie mam zamiaru interweniować i zmieniać czegokolwiek. Jesteśmy bowiem niczym poszczególne ogniwa łańcucha, którego zadaniem jest przekazać przyszłym pokoleniom dziedzictwo, które ich zrodziło. Dodatkowo jest to dla mnie wspaniały materiał badawczy ukazujący wielkie dzieło ewangelizacyjne pierwszych misjonarzy ewangelizujących te tereny.
Zmiany jednak przychodzą. Są one konsekwencją tak zwanego „postępu cywilizacyjnego”, czasami jednak są one spowodowane całkiem przypadkowymi zdarzeniami. 15 lat temu powstała droga łącząca Urubichá z z Ascensión: droga ziemna, która w porze deszczowej zamienia się w błoto, ale i tak umożliwia ona w miarę regularną komunikację samochodową. W 2004 roku wioska została z elektryfikowana i pojawiły się odbiorniki telewizyjne i radiowe. I oto nagle moi parafie mogli zobaczyć jak żyje się w innych częściach świata: wiedza oczywiście potrzebna, ale burząca naturalny rytm, szczególnie biorąc pod uwagę treści medialnego przekazu. Do wioski wkroczyła telefonia komórkowa, a co za tym idzie także internet. W ciągu zaledwie kilku lat wkroczył postęp i cywilizacja.
Pragnę odnieść się jednak do wydarzeń z ostatnich dni, zwykłych i prozaicznych, a jednocześnie stanowiących wspaniały temat do lokalnych dyskusji.
Odwiedził mnie biskup. Nie przyjechał w celach pastoralnych, ale tak zwyczajnie chciał odpocząć i nadrobić kilka zaległości. Dwa dni ciszy i spokoju z dala od kurialnego „urwania głowy”. Publicznie pojawił się dopiero pod wieczór drugiego dnia pobytu, w czasie Eucharystii w kościele.
Kilka dni później do parafii zawitał Krzyż Światowych Dni Młodzieży. Przekazała nam go reprezentacja młodzieży z sąsiadującej o 20 km parafii w Yaguarú; kilku zaś młodych z mojej parafii miało za zadanie dostarczyć krzyż do parafii w Ascensión. Była więc to okazja, aby młodzież wzajemnie mogła poznać się. Młodzi w Yaguarú, według swoich zwyczajów i prosząc mnie wcześniej o zgodę, po Mszy Świętej wykonali przed krzyżem bardzo spokojny taniec uwielbienia. Młodzież z mojej parafii, po skończonych uroczystościach w lokalnej „metropolii” jaką jest Ascensión, wracała rozentuzjazmowana tamtejszą liturgią, gdzie króluje muzyka elektryczna i jest wszechobecny taniec. Moi młodzi parafianie poprosili mnie, abym pozwolił im, by na nadchodzące święto Zesłania Ducha Świętego mogli przygotować podobny taniec uwielbienia. Nie chcieli być gorsi od swoich rówieśników z innych parafii. Pod pewnymi warunkami uzyskali aprobatę (taniec miał być spokojny i mógł być wykonany jedynie poza Mszą Świętą). W ten oto sposób już po zakończeniu Mszy Świętej przedłużyli czas dziękczynienia spokojnym tańcem w rytm piosenki rodem z Odnowy w Duchu Świętym.
W mijającym tygodniu miało miejsce spotkanie Parafialnej Rady Duszpasterskiej. I oto wizyta biskupa oraz pielgrzymka krzyża Światowych Dni Młodzieży stały się tematem naszych rozważań. Pojawiły się głosy o tym jak to kiedyś bywało: biskup przyjeżdżał do parafii, dzwoniły kościelne dzwony i ludność witała biskupa w granicach parafii. Teraz natomiast biskup przyjeżdża i nikt nawet nie wie o jego obecności. Kiedyś w kościele używano w liturgii tylko skrzypiec, później natomiast – już dokładnie nie wiadomo kiedy – pojawiła się gitara, a teraz młodzież pragnie tańczyć. Co więcej – zacytuję – „w Ascensión to nawet tańczą w kościele w rytmie choveny, a wiadomo, że chovenę to się tańczy, gdy się jest pijanym”. Chovena jak chovena, miejscowy taniec ludowy, rodzaj chodzonego, trzy kroki do przodu, dwa do tyłu. W Ascensión rzeczywiście został on wykorzystany w procesji z darami, gdzie w rytmie dźwięków i tanecznym krokiem wierni przynoszą dary. Możemy spierać się czy słusznie znalazł on miejsce w liturgii, ale problemem jest także fakt, że miejscowi nie potrafią bawić się bez alkoholu i w związku z tym nawet zwykła chovena została sprowadzona do pijackiej potańcówki.
Opowiadam o tym wszystkim tytułem kronikarskich zapisków. Jest to jednak także świadectwo niestannego napięcia między młodym, a starszym pokoleniem. Duszpasterska posługa wymaga roztropności, a zarazem i odwagi. Być duszpasterzem znaczy to być wiernym tradycji, ale jednocześnie właściwie umieć rozpoznawać zmieniające się znaki czasów. Słusznie stwierdził Benedykt XVI: „To, co poprzednie pokolenia uważały za święte, świętym pozostaje i wielkim także dla nas, przez co nie może być nagle zabronione czy wręcz uważane za szkodliwe. Skłania nas to do tego, byśmy zachowali i chronili bogactwa będące owocem wiary i modlitwy Kościoła i byśmy dali im odpowiednie dla nich miejsce.” Również bardzo trafnie dopowiedział papież Franciszek: „Nowość zawsze napełnia nas po trosze lękiem, bo czujemy się bardziej bezpieczni, jeśli mamy wszystko pod kontrolą, jeśli to my budujemy, programujemy, planujemy nasze życie według naszych schematów, naszych zabezpieczeń, naszych gustów.”
I jakże trafne w tym kontekście także papieskie stwierdzenie o istniejącej różnorodności: „Duch Święty, pozornie zdaje się tworzyć nieład w Kościele, ponieważ przynosi różnorodność charyzmatów, darów. Jednakże to wszystko pod Jego działaniem jest wielkim bogactwem, gdyż Duch Święty jest Duchem jedności, która nie oznacza jednolitości, ale wszystko prowadzi do harmonii. W Kościele harmonię sprawia Duch Święty. Jeden z Ojców Kościoła użył wyrażenia, które bardzo mi się podoba: Duch Święty „Ipse harmonia est”. Tylko On może wzbudzić różnorodność, pluralizm, wielość a jednocześnie sprawiać jedność. Także tutaj, kiedy my chcemy dokonywać różnorodności i zamykamy się w naszych partykularyzmach, w naszych ekskluzywizmach, wnosimy podział.”
Kasper M. Kaproń ofm