28 lutego
Staruszek krzepki i o zbawienie dusz gorliwy… o. FRANCISZEK PONIKOWSKI (rocznica śmierci)
Stanisław Ponikowski, w zakonie o. Franciszek, urodził się 11 sierpnia 1835 r. w Węgrowie na Podlasiu. Życie zakonne w PRUSKIEJ PROWINCJI REFORMATÓW rozpoczął 5 kwietnia 1851 r. w Siennicy. Nauki pobierał w Węgrowie, Zarębach Kościelnych, Żurominie, Włocławku i Płocku, słuchając wykładów zakonnych lektorów. Po przyjęciu święceń kapłańskich (26 listopada 1858 r.) kontynuował studia teologiczne. Kasata klasztorów z roku 1864 zastała go w Żurominie. Wraz z innymi wywieziony został do Włocławka, gdzie władze rosyjskie pozostawiły Reformatom klasztor, zwany „etatowym”. Miał on istnieć do momentu śmierci ostatniego zakonnika. Rząd ze swej strony wypłacał im po 150 rubli rocznie na utrzymanie…
Jeszcze w roku 1864 został wikariuszem pobliskiej parafii w Kruszynie; od 1888 był tam administratorem. Dbał o sprawy materialne, ale przede wszystkim leżało mu na sercu religijne ożywienie powierzonych jego pieczy wiernych. Stamtąd na początku roku 1894 wezwał go ks. biskup Bereśniewicz do Włocławka i mianował gwardianem u Reformatów, bo już nie było ojców odpowiednich na to stanowisko. Pozostał na tym urzędzie aż do roku 1919, kiedy to ów klasztor przyłączono do Prowincji Matki Bożej Anielskiej. Wcześniej, bo od końca roku 1906, zaczęli przybywać tam młodzi franciszkańscy kapłani z Galicji (z byłej PROWINCJI BERNARDYŃSKIEJ). Oddali się przede wszystkim pracy kaznodziejskiej. Jeden z nich, o. Benedykt Wiercioch, w swoim spisanym pod koniec życia pamiętniku, tak wspomina o. Ponikowskiego:
O. Gwardian bardzo lubił brać udział w misjach lub rekolekcjach (…). Choć staruszek przeszło 70-letni, był tak krzepki i tak gorliwy o zbawienie dusz, że żadnej pracy i trudu się nie obawiał, siedział w konfesjonale po kilka godzin bez przerwy, a na ambonę szedł na zawołanie i na każdy temat głosił gorąco Słowo Boże. Zębów nie miał, a mimo to mówił wyraźnie i donośnie (…). Braliśmy go chętnie na trzeciego, bo to był pracownik niezwykły, któremu dorównać, nam młodym, trudno było. Ponadto był zawsze w dobrym humorze. Kazania o pijaństwie i nieczystości zwykle jemu wyznaczaliśmy, z czego się doskonale wywiązywał. Ku końcowi kazania zwracał się do ludzi i wołał, krzyczał, wzywał na sąd Boski i zapytywał: „Wyrzekacie się pijaństwa?” Ludzie odpowiadali: „Wyrzekamy się”. Kto się wyrzeka niech podniesie rękę. Gdy rąk było za mało, krzyczał jeszcze głośniej. To tyle? O Boże, to ja stary nad grobem piersi i gardło zrywam, bo pragnę zbawienia waszych dusz, a oni nie chcą zbawienia! Panie! Uderz łaską swoją w te twarde serca, porusz te kamienie, aby się wyrzekli pijaństwa etc. Klęknę przed wami i prosić będę. Podnoście ręce! No, bo już klękam. Wtedy już prawie wszyscy podnosili ręce z płaczem, a on im dziękował, wzywał błogosławieństwa Bożego i pouczał, że to nie jest ślub, że ich nie obowiązuje pod grzechem, że na lekarstwo i w potrzebie mogą użyć podanych trunków, byle w miarę i wstrzemięźliwie.
Bóg pozwolił mu dożyć późnej starości. Powołał go do siebie w osiemdziesiątej piątej wiośnie życia, 28 lutego 1920 roku z klasztoru włocławskiego.